Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Świat na dopalaczach

czwartek, 30 września 2010 12:42

 

Dopalacze powszechnie się krytykuje i potępia. Ostatnie, głośne wypadki zatruć gimnazjalistów tylko zwiększają złą aurę wokół tych chemicznych specyfików. Wszyscy od polityków po lekarzy, od psychologów po nauczycieli, od rodziców po policje i straż miejską są przeciwni dopalaczom. Za jest tylko prawo, które zezwala na posiadanie substancji, które nie są objęte zakazem handlu. Dopalacze są tak naprawdę quasi narkotykami, których skład nieco odbiega od składu substancji nielegalnych. Sprzedawane są jako „artykuły kolekcjonerskie".


Kolekcjonerów w Polsce nigdy nie brakowało. Jedni zbierali używane puszki po piwie, inni znaczki pocztowe, jednego podniecały stare szable, drugiego kręciły młode blondynki. Kolekcjoner dopalaczy nie układa ich w klaserze, nie stawia na półce, nie gromadzi w ozdobnym pudełeczku tylko połyka. Przechowalnią „artykułów kolekcjonerskich" są więc najczęściej organizmy kolekcjonerów. Zwiedzanie takich kolekcji może być nieco utrudnione, a gdy kolekcjoner puści pawia, wymaga od zwiedzającego kolekcję wielkiego samozaparcia. Zdaniem mistrzów gastronomii konsument dopalaczy to raczej smakosz niż kolekcjoner.


Mimo masowej krytyki dopalacze cieszą się uznaniem nie tylko młodzieży gimnazjalnej. Niezwykle popularne są wśród polityków. Do stosowania substancji otępiających przyznał się ostatnio prezes PiS Jarosław Kaczyński, który w wywiadach prasowych ujawnił, że w trakcie kampanii wyborczej nie był do końca świadomy tego co się wokół niego dzieje. Gdy prezes jako kandydat PiS na prezydenta wzywał do zakończenia wojny polsko polskiej, gdy apelował do Rosjan o pojednanie, gdy mówił, że nie ma już w Polsce postkomunistów jest po prostu lewica, to mówił to wbrew sobie, bo był na prochach.


Na niezłych prochach musiał być Mariusz Kamiński, który w telewizji TVN ujawnił ostatnio, że Rosja przygotowuje się do wojny z Polską. Potwierdzeniem tej tezy są dla Kamińskiego manewry z udziałem wojsk rosyjskich i białoruskich , które odbyły się w pobliżu granicy z Polską. Kamiński krytykuje brak reakcji władz na takie zachowanie Rosjan. Zapomniał jednak dodać, że te manewry odbyły się rok temu, a rok temu prezydentem był Lech Kaczyński. Trudno nam sobie przypomnieć potępiającą rosyjskie manewry reakcję prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem szef MZS Radosław Sikorski alarmował o tych manewrach szefostwo NATO. Kamińskiemu na dopalaczach mylą się nie tylko prezydenci, wojny i kobiety. Jemu kiełbaszą się manewry w barze, z manewrami na poligonie.  Tylko czekać, kiedy wraz z PiS wywoła wojnę z Chinami. Dla Polski byłoby lepiej gdyby Kamiński ograniczył się do atakowania swoich dwóch ulubionych knajp w Warszawie zamiast walczyć z całym światem.


Fanem dopalaczy jest z pewnością także znany polityk Platformy  poseł Andrzej Halicki, który jednego dnia opowiadał w gazecie, że Donald Tusk otacza się lizusami i nie panuje nad partią, a drugiego dnia na zjeździe Platformy najdłużej klaskał premierowi, czyli sam zachowywał się jak ostatni lizus. Jeśli więcej posłów PO bierze jakieś prochy, to nic dziwnego, że nikt nie dostrzega naszego kosmicznego już zadłużenia. Coś musi zażywać też Waldemar Pawlak, który mimo fatalnych wyników podczas wyborów prezydenckich, a także mizernych notowań własnej partii zachowuje niezmiennie kamienny wyraz twarzy niczym kosmiczny cyborg.


Osobnikiem, który coraz bardziej odjeżdża psychicznie i być może bierze jakieś chemiczne piguły jest naczelny klaun Platformy Obywatelskiej zwany „hańbą ziemi lubelskiej" Janusz Palikot. Ta karykatura polityka, będąca mistrzem jajcarstwa politycznego, zachwyciła się sama sobą do tego stopnia, że pod wpływem mlaskań salonowych intelektualistów takich jak Kazimierz Kutz uwierzyła w siebie, siłę swoich pieniędzy oraz potęgę swoich wybryków i funduje nam nową partię. Partia ma nazywać się Nowoczesna Polska, a powinna Głupsza Polska. Polacy są w swej masie konserwatywni i na żadną nowoczesność w stylu Palikota nie dadzą się nabrać. Głupsza Polska miała by większe szanse i elektorat gdyby legalne były nie tylko dopalacze, ale także wszelkie narkotyki, a wóda i zagrycha za darmo.  No cóż...jak twierdzi tegoroczna Miss Opalenizna Jolanta Spieczona, lepiej nic nie zażyć i dopalać się na plaży.


Poniżej znany recenzent sztuki Belfegor Murlanda dopala się w świetle połysku gołego tyłka autorstwa pop-artowej malarki Marty Piórko z Gdańska.          

 

 

 


Podziel się
oceń
9
4

komentarze (40) | dodaj komentarz

Maskotka

piątek, 24 września 2010 13:00


Świat dorosłych tylko z nazwy jest dorosły. Tak na prawdę dorośli to dzieci tylko starsze, większe i bardziej zniszczone przez nałogi. Dzieci nie wyobrażają sobie życia bez zabawek i słodyczy. Dorośli ze słodyczy potrafią zrezygnować, ale z zabawek nigdy. Często mają ich więcej niż dzieci. Zabawki dorosłych niewiele różnią się od zabawek dzieci. Jedyna istotna różnica między zabawkami dla dorosłych, a zabawkami dla dzieci jest taka, że zabawki dorosłych są zwykle o wiele droższe.


Dziecko zadowoli się pluszowym misiem za dwadzieścia złotych, plastikową koparką za pięćdziesiąt złotych, czy laleczką Barbie za stówę. Dorosły musi mieć laptop za dwa tysiące, zegarek za pięć tysięcy czy samochód za sto patoli. Dziecko swoją ukochaną zabawką potrafi bawić się przez lata, a dorosły szybko się nudzi i w dziedzinie zabawek musi być „na czasie". Można przywiązać się do pluszowej pacynki, ale nie do elektronicznego gadżetu, który wyszedł z mody. Z ekonomicznego punktu widzenia utrzymanie osoby dorosłej jest o wiele droższe niż utrzymanie dzieciaka. Oczywiście jest tu zasadnicza różnica. Dorosły, ten prawdziwie dorosły, a nie tylko dorosły z metryki, sam się utrzymuje, a skoro sam się utrzymuje i zarabia, to może sobie wydawać forsę na co chce.


Wielu dorosłych, którzy mieli ciężkie dzieciństwo rekompensuje sobie brak zabawek w okresie pacholęcym kupowaniem drogich pierdółek w czasie, gdy są już dorośli i gdy ich na to stać. Najgłośniejsze przykłady takich zachowań to Michael Jackson, a na polskim gruncie Michał Wiśniewski.  Obaj panowie mieli koszmarne dzieciństwo i obaj odbijali to sobie już w wieku dorosłym kupując tony zabawek od lunaparku i prywatnego ZOO (Jackson) po symulatory lotów i motocykle (Wiśniewski).


Bez względu na to, jakie kto miał dzieciństwo, lubimy jako dorośli przeróżne gadżety-zabawki. Im droższe i bardziej wyjątkowe, tym lepsze. Na punkcie zabawek w dorosłym wieku bardziej stuknięci są faceci. Kobieta zadowoli się ładną biżuterią, torebką czy butami. Facet na stare lata przenosi swe pasje z dzieciństwa. Pewien znany, zasłużony polski polityk, który marzył o tym, aby zostać Ministrem Obrony Narodowej, ale mu się to nie udało, do dziś bawi się żołnierzykami i rozgrywa bitwy na tekturowych makietach. Ilu starych osłów bawi się kolejką syna lub na starość skleja modele samolotów. W zawodach modeli sterowanych połowa zawodników to osobnicy po czterdziestce. Te wszystkie męskie pasje takie jak zbieranie znaczków, kolekcjonowanie broni, zbieranie medali, starych fajek czy kufli do piwa, to przecież nic innego jak dziecięca zabawa ukrywana pod hasłem „to jest moje hobby".


Nic więc dziwnego, że życie nasze to nieustanna zmiana zabawek. Na starość taką żywą zabawką jest zwykle kot Mruczek czy kundel Fafik. Ostatnie istoty z którymi możemy szczerze pogadać. Także życie wokół nas podszyte jest infantylną tęsknotą za zabawkami. Banki kuszą nas abyśmy wzięli kolejny kredyt na zakup dowolnych zabawek. Bez zabawek nie może obejść się żaden konkurs telewizyjny czy teleturniej, a także zawody sportowe. We wszystkich wielkich imprezach sportowych istotną rolę odgrywa maskotka zawodów. W USA wszystkie drużyny NBA mają swoje maskotki, które w postaci przebranych za nie nieszczęśników czynnie dopingują kibiców na widowni. Zwykle bardzo mi żal tych palantów, którzy przebrani za misie i inne futrzaki biegają po parkiecie żałośnie machając łapkami w „radosnym" uniesieniu.


Także zbliżające się mistrzostwa piłki nożnej Euro 2012 nie mogą obejść się bez  maskotki. Wśród gremiów decydentów trwały poważne spory wokół pomysłu na maskotkę. Obok nas gospodarzem mistrzostw jest też Ukraina, co nie ułatwia sprawy o tyle, że znalezienie wspólnego zwierzaka i symbolu dla obu krajów nie jest takie proste. Były pomysły, aby był to kozak siedzący na polskim żubrze, albo krakowiaczek kopiący wspólnie piłkę z kozaczkiem. Pojawiła się idea krakowiaka śpiewającego ukraińskie pieśni. Jak wiadomo słynna ukraińska dumka „Hej sokoły" jest w Polsce bardziej znana niż własny hymn narodowy.


Wszystkie te pomysły i idee to już przeszłość. W listopadzie poznamy maskotkę mistrzostw którą będą ...bliźniacy. Polak i Ukrainiec dwaj bliźniacy kopiący piłkę. Czy to się nie będzie kojarzyć? Czy temat bliźniaków w kontekście tragedii smoleńskiej nie brzmi podejrzanie? Do kogo będą podobni bliźniacy i czy będą chcieli ukraść księżyc? To tylko niektóre pytania jakie cisną się na usta. Wiadomo, że prawdziwi bliźniacy byli tylko jedni, a pozostali są oszukani i niegodni. Bez względu na to jak ładne będą to maskotki protest w tej sprawie mamy zapewniony. Oby tylko w proteście przeciwko maskotkom nikt na stadion nie przyniósł krzyża.


Na zdjęciu poniżej artysta plastyk Makary Pędzel ze Lwowa słynny twórca ukraińskich frędzelków doczepianych do spodni i noszonych przez wiewiórki, autor projektu nowoczesnej deski do mięsa oraz współtwórca maskotki na Euro 2012.


 


Podziel się
oceń
6
2

komentarze (39) | dodaj komentarz

Kryptonim "Żyletka"

czwartek, 16 września 2010 14:49


Zespół rockowy, który dorobił się książki na swój temat to na polskim rynku muzycznym wyjątek. Powstały już wydumane książki o zespołach takich jak Dżem, Kult Maanam czy T.Love. Ma swoje biograficzne wydawnictwa Niemen, Czerwone Gitary, Acid Drinkers, Myslovitz czy nawet Big Cyc. Do grona polskich zespołów z książką na koncie dołączył teraz stary, punkowy KSU. I jest to chyba zdecydowanie najciekawsza, a na pewno najbardziej oryginalna pozycja z dotychczasowo wydanej u nas literatury poświeconej rodzimej scenie rockowej.


KSU to punkowa legenda z Bieszczad. Proste chłopaki, które w 1978 roku w przaśnych Ustrzykach Dolnych na końcu Polski postanowiły zostać anarchistami. „KSU- rejestracja buntu" to opowieść o tym, jak młodzi ludzie w czasach późnego Gierka i epoce stanu wojennego starali się wbrew systemowi zachować własną osobowość. Autor książki Krzysztof  Potaczała wydobył nie tylko stare fotografie zespołu i opowiastki o trasach i balangach, ale dotarł także do wstrząsających materiałów Służby Bezpieczeństwa. Czytając dokumenty SB czy raporty milicji obywatelskiej dotyczące punków z Ustrzyk, można momentami pękać ze śmiechu, ale czasem robi się groźnie.  Czytelnik uświadamia sobie, że jeszcze nie tak dawno był system, który pragnął wszystko kontrolować, a tak błahe zjawiska jak zabawa w muzykę w rówieśniczym gronie nastolatków traktował jak śmiertelne zagrożenie.


W książce Potaczały szeroko cytowane są dokumenty z ubeckich  teczek KSU zwanych fachowo Sprawą Operacyjnego Rozpoznania. Każda taka sprawa musiała mieć swój kryptonim. Kryptonim pod którym rozpracowywano punków w Bieszczadach nie budzi żadnych wątpliwości. Jest to kryptonim "Żyletka". I tu aż prosi się jeden mały cytat z tych dokumentów. Pisownia oryginalna.


Ustrzyki Dolne 1.12.1979


Notatka służbowa


W czasie przeprowadzania rozmów ze społeczeństwem, a szczególnie z młodzieżą na terenie Miasta i Gminy w trakcie której dowiedziałem się , że na terenie miasta istnieje i działa nowopowstała organizacja młodzieżowa występująca pod nazwą PUNK. Hasła te są popisane po blokach mieszkalnych i prywatnych jak również na dworcu PKP. Wg posiadanych informacji organizacja ta działa w sposób demoralizujący na młodzież szkolną, agitując do przeciwdziałania przepisom prawnym i porządkowym występują przeciwko ZSRR, namawiają by młodzież nie chodziła na filmy radzieckie, a jedynie namawiają by młodzież popierała poglądy anglo- amerykańskie, sposób ubioru, zachowania się i szczególnie wybredną dla ludzkiego ucha swoją wybraną muzykę bitową (...)


Komendant Miejsko-Gminnego Sztabu ORMO

Chor. Rez. Franciszek Mazurkiewicz  


Czy to nie perełka! Chciałoby się zawołać: ORMO czuwa! Oto pierwszy chyba na terenach Polski opis zjawiska pod nazwą punk i pierwsza pisana recenzja muzyki punkowej dokonana piórem czujnego ormowca. Ten specyficzny styl oceniający kompletnie nieznany sobie gatunek muzyczny, który zmaterializował się w postaci soczystego zdania „szczególnie wybredna dla ludzkiego ucha" do dziś może jeszcze bawić.


Książkę Potaczały warto przeczytać nie tylko dla barwnego języka stróżów prawa. To naprawdę świetny opis przygód KSU na przestrzeni dziejów. Pijane koncerty, bójki z harcerzami, gonitwy z milicją, przyjaźń z Kazikiem Staszewskim czy pobyt  Siczki w wojsku, to wszystko niesamowicie barwne  punkowe historie. Potaczała opisuje środowisko bieszczadzkich punków z dobrym wyczuciem i znawstwem tematu, bo sam przed laty był w załodze fanów KSU i jeździł z nimi na koncerty. Natomiast zebrane dokumenty SB na temat muzyków sprawiają, że książka będzie ciekawa nie tylko dla starych punków i zagorzałych fanów zespołu. Także dla tych którzy interesują się historią PRL-u nie tylko przy okazji oglądania komedii Stanisława Barei. Powinni ją przeczytać szczególnie wszyscy ci dzisiejsi papierowi buntownicy, którzy na co dzień śliniąc się do sponsorów i mediów udają przed publicznością, że uprawiają coś co się nazywa „alternatywnym rockiem".


Poniżej KSU na tyłach kawiarni Jagódka. Ustrzyki Dolne 1979 rok. Fot: A.Dumkiewicz.




Podziel się
oceń
6
0

komentarze (47) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 084  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer