Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 605 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Poważne uszkodzenie organu

wtorek, 29 września 2009 16:58


Komisja Europejska dba o nasze zdrowie i w tym celu przygotowywane są nowe regulacje dotyczące tego, jak głośno można słuchać muzyki na osobistym odtwarzaczu MP3. Niemożliwe? Głupie? Nieprawdopodobne? A jednak! Odkryto, że wielu ludzi, którzy korzystają z przenośnych odtwarzaczy muzycznych lub słuchają muzyki ze swoich telefonów komórkowych, niszczy sobie słuch. Już godzina słuchania głośnej muzyki dziennie może prowadzić w przyszłości do poważnego uszkodzenia organu słuchu.


Obecnie przepisy nie narzucają producentom sprzętu do odtwarzania muzyki żadnych ograniczeń w zakresie głośności dźwięku. Konsumenci, którzy słuchają muzyki ze słuchawkami na uszach, w metrze czy na ulicy mają naturalny odruch do podkręcania głośności dźwięku, a tym samym narażają się na utratę zdrowia. Komisja Europejska zleciła więc organowi normalizacyjnemu CENELEC opracowanie nowych, technicznych norm bezpieczeństwa w tym zakresie. Proces takiego opracowania (konsultacje z producentami sprzętu, organizacjami konsumentów i lekarzami) może trwać dwa lata. Najdalej więc za dwa lata nie posłuchasz sobie Behemotha, Vadera czy Anny Marii Jopek na takim poziomie głośności jaki ci odpowiada, tylko na takim jaki Komisja Europejska uznała za bezpieczny dla twojej małżowiny usznej.


Nie da się ukryć, że tego rodzaju ograniczenia to ingerencja w wolność osobistą jednostki. Pod płaszczykiem walki o zdrowie obywateli Unii Europejskiej narzuca się „zdrowe" normy, które niszczą indywidualizm i prawo każdego człowieka do decydowania o samym sobie. Dawno temu każdy miał prawo do głupoty i niszczenia sobie dowolnych organów przy pomocy przyjemnych nałogów. Teraz o nasze płuca, uszy i organy płciowe zadba Komisja Europejska. Tak więc po radykalnych zakazach związanych z paleniem papierosów, po ograniczeniach prędkości zamontowanych w samochodach czas na ograniczenia głośności w sprzęcie elektronicznym.


Naiwniacy postulują aby ograniczenia głośności były montowane tylko w części  sprzętu, który miałby oznakowanie jako urządzenie bezpieczne dla słuchu.  Miłośnik muzyki mógłby wówczas sam zadecydować jaki sprzęt chce kupić. Niestety mechanizm psychologiczny jest taki, że większość młodych ludzi z przekory kupowałaby sprzęt „niebezpieczny", gdyż właśnie taki uznałaby za kompatybilny ze swoim poczuciem wolności do słuchania muzyki tak głośno jak chce.


Głośna muzyka rzeczywiście niszczy słuch, ale nie dzieje się to od razu i zazwyczaj trwa latami (czego dowodem stare kapele metalowe, na ogół już kompletnie głuche, jak np. Metallica). Każde urządzenie z którego puszczamy sobie muzyczkę posiada jednak coś co się nazywa pokrętłem (przyciskiem) natężenia dźwięku. Czemu zabierać ludziom przyjemność słuchania muzyki na takim poziomie jak lubią.  


O wiele bardziej przydatnym dla zdrowia (psychicznego) urządzeniem byłby chip, który ograniczałby dźwięk u ludzi, a nie w sprzęcie do odtwarzania muzyki. Gdyby tak wmontować taki „chip ciszy" marszałkowi Stefanowi Niesiołowskiemu,  Jackowi Kurskiemu, Januszowi Palikotowi, Joannie Senyszyn i paru innym którzy zbyt głośno i zbyt często wydzierają się w telewizji to poziom zdrowia psychicznego podniósłby się w społeczeństwie znacznie.


Tego rodzaju urządzenie byłoby niezwykle przydatne także w życiu codziennym. Zbyt gderliwa żona, wiecznie marudząca teściowa, stale jęczący mąż to obiekty, które po wmontowaniu „chipa ciszy" mówiłyby na poziomie bezpiecznym dla pozostałych jednostek, czyli szeptem lub całkowicie bezgłośnie.      


Na dole zdjęcie wesołych braci Majeranków z Parczewa, którzy stanowią fenomen dźwiękowy gdyż w odróżnieniu od drzwi nigdy nie mogą się zamknąć.




Podziel się
oceń
3
0

komentarze (76) | dodaj komentarz

Niewyparzony język

czwartek, 24 września 2009 10:36


Język, podobnie jak narzędzia chirurgiczne, jajka oraz pomidory, należy wyparzyć. Niewyparzony język potrafi pociąć mowę ludzką lepiej, niż nawet najbardziej ostry skalpel brzuch pacjenta. W Polsce ulubionym słowem niewyparzonego języka jest słynny wyraz na „ka" oznaczający po łacinie coś krzywego lub zakrzywionego (curvus). W powszechnej opinii słowo „kurwa"  jest słowem brzydkim, mimo że osoba, której dotyczy może być piękna i wcale nie krzywa. Nie brakuje jednak takich, którzy uważają je za piękne samo w sobie, a przede wszystkim bardzo przydatne. Czasy robią się tak nerwowe, że słowo to przydaje się nam niestety coraz częściej.


Dawno, dawno temu w starej polszczyźnie  kobiety lekkich obyczajów określano mianem „murew". Nie jeden polski król czerpał pełną garścią ze skarbca pieniądze na murwy.  Z czasem „murwy" przeszły w bardziej dźwięczne „kurwy" i tak już zostało. Być może wpływ na taki kształt tego słowa miało francuskie słowo courtisan (dworzanin) lub włoskie cortigiana (dama dworu), które później przekształciło się w kurtyzanę czyli utrzymankę, prostytutkę, nierządnicę. Słowo to już dziś nie jest prostym określeniem czyjegoś zawodu czy charakteru. Używamy go soczyście w różnych odmianach jako popularnego czasownika, przecinka, wzmocnienia, bywa też formą zaimka i używane jest w formie parentezy. Podobno tylko w języku polskim można  dowolny czasownik zastąpić formą wulgarną i wszystko będzie nadal zrozumiałe.


Czy oznacza to, że jako Polacy mamy jakieś specjalne predyspozycje do przeklinania? Chyba jednak nie. Badania wykazują, że jest wiele narodów, które przeklinają więcej i z większą fantazją niż lud żyjący nad Wisłą. Nie mniej powoli zbliżamy się do mało szlachetnej czołówki rzucających mięsem. Padają ostatnie bariery i przyczółki wstydu. Do niedawna osoba obficie tocząca pianę wulgaryzmów z ust była traktowana jak ktoś z nizin społecznych. Wszystko było jasne. Ktoś kto używa wulgarnych zwrotów jako przecinka to nieuk, cham i prostak. Mocne słowa tolerowane były tylko podczas wysoce nerwowych sytuacji. Publiczne przeklinanie nie mieściło się w wyobraźni. 


Obecnie zmiany i tolerancja dla przeklinania są tak wielkie, że słowa te powoli tracą swą moc. Rzucana co kilka sekund „kurwa" na nikim nie robi już wrażenia. Osoba przeklinająca jest uważana za kogoś na luzie, a nie za chama. Spory wpływ na tego rodzaju postawy mają media. Jako pierwsze barierę poprawności językowej przerwały filmy. Do lat siedemdziesiątych w kinie praktycznie się nie przeklina. Aby uwiarygodnić sceny strzelanin i napadów, a także zwykłe sceny życiowe, bohaterowie filmowi masowo zaczęli przeklinać, a kino uwalniać się z kanonów poprawności. Najpierw zaśmiecano język nieśmiało i sporadycznie, ale z czasem bluzg popłynął tak szerokim strumieniem, że dziś znaleźć film bez przekleństw to tak jak trafić na dziewicę w akademiku.


Politycy unikali wulgaryzmów podczas występów publicznych. Prywatnie rzucali mięsem niczym szewc w dniu wypłaty, ale podczas debat publicznych hamowali swe językowe temperamenty. Dziś posiadanie niewyparzonego języka w polityce jest wielkim atutem, a i siarczyste przekleństwo w stylu „spieprzaj dziadu" nikogo specjalnie nie razi. Polityk też człowiek i bywa, że język go ponosi. Przekleństwa uchodzą nie tylko artystom hip-hopu dla których stek wyzwisk to naturalna część ich show (choć i tu są różnice, bo jedni przeklinają jak karabin maszynowy np. Peja, a inni wcale jak np. Fisz), ale także dziennikarzom jak np. Durczok, czy Lis, których przyłapano na ostrych słowach poza kamerą. 


Tak więc w naszych niewyparzonych czasach toniemy ze swym niewyparzonym językiem w bagnie przekleństw, których moc jest jak alkohol z którego wyparowały procenty. Mimo stałego osłuchania z wulgaryzmami bywa, że dochodzi do sytuacji zabawnych. Były minister kultury, Andrzej Celiński, w trakcie debaty sejmowej komisji kultury oświadczył, że ma obrady w dupie. No cóż poseł Celiński Liroya nie przebił, ale się starał. W kulturze taki stan wrzenia to już chyba normalka.


Poniżej na zdjęciu głuchoniemy duet estradowy Bagno Skład ze Siniawki nad Wieprzą , który przeklina tylko na migi. 

 



Podziel się
oceń
2
0

komentarze (34) | dodaj komentarz

Taniec i męka

wtorek, 15 września 2009 10:03


Przyznam szczerze, że oglądam czasem „Taniec z gwiazdami". Wiem, że po tej deklaracji stracę grono sympatyków, którzy mają mnie za osobę o bardziej niezależnych gustach rozrywkowych. Jasne, że ten program to masowa rozrywka, upudrowana, nie wolna od kiczu i pretensjonalności. Ale jest w tym programie coś takiego, że chce się to czasem oglądać.


Pewnie jest to objaw przedwczesnego starzenia się, ale podobają mi się dyskusje między jurorami. Takiego rozkosznego, inteligentnego przekomarzania się nie ma w innych programach. Teraz obowiązuje chamówa, skakanie sobie do oczu i głośna pyskówka. W „Tańcu" jest inaczej. Dla mnie prawdziwą królową programu jest Beata Tyszkiewicz. Jej celne uwagi, dowcipne komentarze i „spory" z Czarną Mambą, czy Wodeckim to miód dla uszu, duszy i serca. Jury z „Tańca" zyskuje też bardzo na tle jury z innych podobnych programów. Wystarczy przypomnieć koszmarnie jury z programu „Gwiazdy tańczą na lodzie". Dresiarskie odzywki Dody, pozbawione polotu wypowiedzi przestraszonego Jacykowa. Tylko osamotniony Włodzimierz Szaranowicz trzymał w tym gronie klasę. 


Programy tego typu zawsze ogląda się „dla kogoś". Sam tytuł „Taniec z gwiazdami" sugeruje fałszywie, że gwiazd w programie będzie na pęczki. Tymczasem bywały edycje, gdy wielu widzów miało kłopoty z odróżnieniem osoby, która w danej parze ma uchodzić za gwiazdę. Doszło do komicznej sytuacji gdy większymi gwiazdami byli tancerze znani z poprzednich edycji niż osoby, które miały za gwiazdy uchodzić.  


Pod tym względem obecna edycja jest prawie bez zarzutu. W programie tańczy wiele naprawdę znanych postaci jak chociażby Pan Proszek czyli Zygmunt Chajzer, Natasza Urbańska, Otylia Jędrzejczak, Ania Mucha. O dziwo najwięcej kontrowersji wprowadziła najmniej znana Iga (zwana też Ewą) Wyrwał. To młodziutka fotomodelka z Kalisza, która karierę zrobiła pokazując swoje gruczoły piersiowe w magazynach kupowanych przez onanistów. Widząc Ige na parkiecie nie byliśmy w stanie uwierzyć, że to jest ta piękna modelka z kolorowych pism. Pojawiły się sugestie, że Iga wyszczuplana jest komputerowo lub przechodzi trudny okres w życiu i tyje. Zwykle jednak gwiazdy chudną podczas programu jak np. Piotr Gąsowski, który gdy startował w „Tańcu z gwiazdami" jako uczestnik schudł ponad piętnaście  kilogramów.    


To czego mi brakuje w polskiej edycji „Tańca z gwiazdami" to nieco większy luz startujących. W Ameryce ten program odbierany jest bardziej jako żart niż coś na serio. Biorą w nim udział prawdziwe gwiazdy więc nie traktują tego jako stopnia do kariery. U nas wszyscy chętnie by się pozabijali, żeby tylko wygrać. W Polsce celebryci to smutna gromadka, która tylko na pokaz udaje wysoce wyluzowaną i uśmiechniętą.  


Oczywiście kilka razy udało się to sztywniactwo przełamać np. w edycjach gdy startował Rafał Bryndal czy Mariusz Pudzianowski. Po nich widać było prawdziwy luz i zabawę. To, że obaj fatalnie tańczyli nie przeszkadzało widzom. Widownia kocha postawy ludzi, którzy są autentyczni i nie kłamią. Nie ma nic gorszego niż patrzenie na osobnika, który męczy się jak na torturach, ale udaje zachwyconego. Kto waszym zdaniem w tej edycji się wybitnie męczy?


Na fotce poniżej autor z Nataszą Urbańską i karłem Andrzejem podczas próby spektaklu „Karuzela marzeń" w teatrze Buffo.

 




Podziel się
oceń
2
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 163  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer