Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 605 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Niemiecki porządek

piątek, 23 sierpnia 2013 12:45

 

Dawno temu w telewizji wybuchła afera, bo produkowany w Niemczech płyn na robactwo i komary był reklamowany mało roztropnym hasłem "zabijanie to niemiecka specjalność".  Reklamę szybko zdjęto, bo się źle kojarzyła, ale wielu uważało ją za niezwykle celną.   

 

Obok zabijania inna niemiecka "specjalność" to porządek. Nawet ci, którzy nie darzą szczególną sympatią narodu niemieckiego, często przyznają, że co jak co, ale "szwabski ordnung" ma swoje dobre strony i być może przydałby się także i u nas. Ten stereotyp o niemieckim porządku już dawno został przez życie zweryfikowany negatywnie, ale wiara w niego jest w Polsce ślepa jak wiara w cuda.

 

Czyste ulice i równo przystrzyżone trawniki w krajach germańskich, to zdaniem pisarki Elfriede Jelinek kamuflaż, który ma przykryć głęboko skrywane tajemnice. Wokół domu jest pięknie, bo w piwnicy lub własnej duszy trzymamy straszne paskudztwa. Najbardziej szeroko uśmiechają się ci, którzy mają trupa w szafie. Dowcipnie i zgryźliwie opisuje "niemiecki porządek" Justyna Polańska w swej książce "Pod niemieckimi łóżkami". Polańska przez 11 lat sprzątała w niemieckich domach i opisała jak wygląda na prawdę świat zadowolonego z siebie przedstawiciela niemieckiej klasy średniej. Obok starych prezerwatyw,  kawałków kurczaków czy resztek kanapek znajdowała tam także ...zasuszone chomiki, które zmarły z głodu. Polańska wiele miejsca poświęca także temu jak pogardliwie traktuje się osoby zatrudniane w Niemczech na czarno.

 

Kolejna niemiecką świątynią do której wielu się modli jest "niemiecka organizacja". Być może w dawnych czasach Niemcy byli świetnie zorganizowani. Niestety wydaje mi się, że żołnierze Armii Czerwonej gwałcąc niemieckie kobiety po zdobyciu Berlina, zostawili tu za dużo swoich genów z Kamczatki. W latach 90. jeździłem sporo po Niemczech wspólnie z niemieckimi muzykami z Mannheim i Ludwigshafen. Byli to uroczy kumple i towarzysze zabawy. Niestety bardzo pogubieni i zakręceni, a także kompletnie niesprawni organizacyjnie. Byliśmy zszokowani ich beztroską nieudolnością na każdym kroku. Hasło niemiecka organizacja do dziś kojarzy mi się z dniem, w którym nasi organizatorzy pomylili miasta, w których miał odbyć się koncert.  Odległość miedzy pomylonymi miastami wynosiła 300 kilometrów!

 

Najnowszą, zabawną kompromitacja z krainy "niemieckiego porządku" był głośny incydent, który wydarzył się kilka dni temu na wojskowej części lotniska w Bonn. Upalony marihuaną młodzieniec podrasowany dodatkowo tabletkami ecstasy zdołał przekonać siły bezpieczeństwa, że jest uczestnikiem imprezy towarzyskiej, która odbywała się w gronie wojskowych. Po dostaniu się na zamknięty teren lotniska przeskoczył siatkę z drutu kolczastego i przedostał się na pokład rządowego samolotu, którym lata Angela Merkel. Tam urządził sobie balangę przy udziale gaśnic pianowych. Tańczył nago i rozrabiał w samolocie przez cztery godziny czego absolutnie nie dostrzegła ochrona lotniska. Wpadł uruchamiając przypadkowo  jeden z alarmów.  

 

Gdyby taka awantura zdarzyła się w Polsce z pewnością zażądano by dymisji rządu,  komisji śledczej, dożywocia dla sprawcy oraz spalenia samolotu.         

 

Fotka u dołu to dowód, że "na trawie" można się bawić kulturalnie.

 

 

DSC01384.jpg


Podziel się
oceń
239
150

komentarze (49) | dodaj komentarz

Gonić Ruska!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013 10:32

 

Dawno, dawno temu, za górami i lasami czyli w Polsce, w czasach gdy generał Jaruzelski był pokazywany w telewizji częściej niż dzisiaj reklamy płynów do mycia kibli, krążyła legenda o tym jak to pewien znany kabareciarz (w tym miejscu pojawiało się kilka różnych nazwisk od Zenona Laskowika po Janusza  Rewińskiego) na publicznej imprezie pokazał się w koszulce z napisem "NIENAWIDZĘ RUSKICH" obok już zdecydowanie małym liternictwem było dopisane "pierogów".

 

Ani Laskowik, ani Rewiński, a także inni umieszczani w tej historyjce znani osobnicy, nie przyznawali się do takiego happeningu, ale fama poszła już w lud i w wersji krążącej po kraju i zniekształconej przez efekt zwany "głuchym telefonem" prezentowała się  tak, że w koszulce owej chodził, a to Daniel Olbrychski, a to Andrzej Rosiewicz, a to jakiś anonimowy student, którego zatrzymała czujna Milicja Obywatelska. Trudno dziś dociec, kto był autorem takiego wygłupu i czy w ogóle taki wygłup miał miejsce.

 

Jednakowoż historyjka ta miała charakter krzepiący. Nasz duch narodowy karmiony takimi wydarzeniami wzlatywał w górę niczym najszybsza rakieta unoszona zbiorowym poczuciem humoru. Bo co my tu mamy za sytuację? Oto cwany Polak zmuszony do życia w warunkach cenzury sowieckiego bloku, naśmiewa się z "bratniego" kraju, ale w sposób "gastronomiczny", lekko zakamuflowany, ale przecież jawny i jasny jak słońce.  

 

Oczywiście były różne wersje tej opowiastki, a najbardziej ostry politycznie kontekst był taki, że wydarzenie takie miało miejsce po interwencji wojsk radzieckich w Afganistanie w 1979 roku (niektórzy nawet twierdzili, że po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w 1968 w Czechosłowacji). Naśmiewanie się z radzieckich filmów propagandowych, radzieckiej potęgi kosmicznej, radzieckiej słabości do medali, było w PRL-u formą obrony przed zniewoleniem systemu. Ta wrodzona niechęć Polaków do wszystkiego "co ruskie" ma oczywiście swoje uzasadnienie w smutnej historii (zabory, zbrodnie Armii Czerwonej na polskim podziemiu, przymusowa "przyjaźń", wieloletnia grabież gospodarcza itd.)

 

Dziś także nie potrafimy wyzwolić się z tej niechęci. Wszędzie widzimy "ruskich agentów", wszędzie węszymy "ruski spisek". To jest chore i niezdrowe jak skarpety niezdejmowane przez miesiąc. Prawdziwi agenci bez naszej obsesji, pewnie i tak nieźle się u nas mają. W Rosji powinniśmy szukać sojuszników choćby wśród tych, którzy organizują obywatelskie protesty. To smutne, że prymitywna ideologia streszczająca się do hasła "Gonić Ruska!" pada w Polsce ciągle na podatny grunt.

 

Powiem jasno... nikt nie ma złudzeń, co do fikcji demokracji w Rosji i tego jak Putin i jego służby specjalne rządzą krajem, ale gdy na samochodzie widzę napis "NIE KUPUJĘ BENZYNY NA STACJACH LUKOIL", to mi się śmiać chce. A to kolego, nie kupuj także butów marki Adidas (założył ja Adolf Dassler członek faszystowskiej NSDP, który produkował wraz z bratem Rudolfem buty dla Wehrmachtu i SS), nie kupuj butów firmy Puma (twórcą tej firmy był zaangażowany nazista Rudolf Dassler, brat Adolfa), nie używaj komputerów Apple (firma ta zatrudniała w Chinach nieletnich, którzy pracowali po 14 godzin dziennie) nie kupuj zabawek firmy Mattel (m.in. lalki Barbie), bo w zakładach tej firmy w Chinach wykorzystywano pracowników w sposób niemalże niewolniczy (nie płacono za nadgodziny, zmuszano do pracy bez zabezpieczeń), nie pal fajek Marlboro, bo producent Philip Morris sprowadzał z Kazachstanu tytoń zbierany niewolniczo przez dzieci, nie używaj kosmetyków marek Vichy, Armani, Colgate i wielu innych, bo bez litości testowane są na zwierzętach.

 

Proponuje w naszej psychicznej "wojnie" z Rosją stosować inne metody. Naklejajmy na swoje samochody nalepki z napisami "Czytam Puszkina, Tołstoja, Lermontowa, Gogola". Szczególnie warto czytać tego ostatniego, żeby się czegoś o samym sobie dowiedzieć. Rosjanie to dowcipny i ciekawy naród. Zrozumieją. A władza? Władza wszędzie jest do dupy!  

 

PS. Ponieważ spodziewam się wpisów typu "Skiba jest czerwony" umieszczam swoją "czerwoną" fotografie z koncertu Big Cyca.

 

_MG_6784 (Kopiowanie).jpg


Podziel się
oceń
170
124

komentarze (21) | dodaj komentarz

Jak zostałem diabłem

środa, 07 sierpnia 2013 9:58

 

Kilka dni temu dostałem od przyjaciół cała serię SMS-ów z gratulacjami. Nie były to bynajmniej życzenia z okazji urodzin zespołu Big Cyc, świetnego koncertu na Woodstocku, czy obchodów imienin Krzysztofa. Były to gratulacje z powodu wpisania Big Cyca na jedną listę z zespołami The Beatles, The Rolling Stones, Metallica i wykonawcami takimi jak Bob Marley, Madonna, Lady Gaga czy Iggy Pop.

 

Cóż to za lista? Niestety nie była to lista przebojów, ani lista wspólnych dokonań artystycznych, a lista artystów opętanych przez... szatana. Jako długoletni, etatowi jajcarze polskiej sceny rockowej, szydercy i kpiarze zawędrowaliśmy nagle do katalogu najgroźniejszych zespołów świata. A to wszystko dzięki egzorcyście z diecezji warszawskiej, który na oficjalnej stronie diecezji opublikował listę zespołów, których dobry katolik powinien się wystrzegać.

 

Gdy pewnego razu spytano irlandzkiego dramaturga Johna Bernarda Show'a,  gdzie chciałby zawędrować po śmierci, do nieba czy do piekła, ten odpowiedział, że do nieba ze względu na klimat, a do piekła ze względu na towarzystwo. No cóż... rzeczywiście dawno nie byliśmy w tak dobrym towarzystwie. Z kościelnej listy wynika, że piekielne zagrożenie sieją same tuzy estrady i na prawdę miło być w jednym szeregu z The Beatles i Bobem Marleyem. 

 

Gdzie w Big Cycu ukrywają się szatańskie moce? Otóż powodem umieszczenia nas w tak zacnym gronie jest piosenka Makumba. To stary przebój zespołu, który w 1996 roku podbił wszystkie radiowe listy hitów od Gdańska po Zakopane. Zdaniem kościelnych cenzorów samo słowo "makumba" jest przywoływaniem diabła, gdyż jest to stare bóstwo afrykańskie, które z czasem stało się symbolem czarnej magii, a także obrzędów voodoo.

 

W piosence to po prostu imię własne bohatera piosenki, który przyjechał z Afryki na studia do Polski i przeżywał tutaj liczne (nie zawsze miłe) przygody. To piosenka o podtekście antyrasistowskim, a nie diabolicznym, co jest oczywiste dla każdego, kto ukończył trzy klasy podstawówki. Imię zostało wzięte z kultury afrykańskiej na tej samej zasadzie jak Julian Tuwim napisał słynny wiersz dla dzieci o murzynku Bambo.

 

Trzeba być osobą mocno uprzedzoną do muzyki rockowej i muzyki pop, aby w każdym dźwięku, słowie czy symbolu doszukiwać się diabła. Autor ostrzegawczego tekstu popełnił szereg rażących błędów świadczących o nieznajomości materii, którą się zajmuje. Błędy te (np. mylenie nazw zespołów) wytknął egzorcystom Piotr Bratkowski w Newsweeku. Sprawa stała się głośna i ja sam musiałem tłumaczyć się w Polsat News z faktu, że nie jestem diabłem i nie mam rogów Belzebuba. Tropienie szatana tam gdzie go nie ma, to ułatwianie diabłu roboty. To tak jak niepotrzebne wzywanie karetki pogotowia, gdy babcia ma sraczkę. Ktoś obok ma zawał, ale pogotowie nie może być przecież w dwóch miejscach naraz.

 

Fotka poniżej: fotomodelka Patrycja Pająk przeprasza w imieniu Big Cyca za "grzechy".                 

 

 

_MG_0656.jpg


Podziel się
oceń
248
195

komentarze (106) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 158  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer