Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

W trasie i w transie

czwartek, 25 sierpnia 2011 12:06

 

Takiej jazdy to już dawno nie miałem! Kilka ostatnich dni to było totalne szaleństwo. Przegapiłem jeden koncert Big Cyca w moim notatniku i zarezerwowałem sobie lot do Londynu w karkołomnym czasie. Koncert niedziela wieczorem w miejscowości Ryki (trasa między Warszawą, a Lublinem) i wylot do Londynu o szóstej rano z Gdańska. Odległość z miejsca koncertu do miejsca wylotu ok. 500 kilometrów!

 

Błagam kapele aby zacząć koncert punktualnie. Startujemy osiem minut po 21.00 co jest naszym rekordem punktualności. Kończymy bisami za pięć dwudziesta trzecia. Dziesięć tysięcy ludzi wyje domagając się dalszego grania, ale jest już po „skinie” czyli naszym finałowym numerze. Schodzę spocony ze sceny. Kasia nasza menago wciska mi mój telefon komórkowy i jakiś pieniądze „na drogę”. Otoczony grupą kilku ochroniarzy wymykam się z terenu koncertu na umówione miejsce gdzie czeka już kierowca Mirek. Gdy koledzy zespołu idą rozdawać autografy ja już pędzę w kierunku Gdańska. Sytuacja jest jak z Jamesa Bonda. Przejechać pięćset kilometrów w tym kraju nawet w nocy nie jest łatwo. Na lotnisku muszę być co najmniej o piątej rano, a jeszcze trzeba się przepakować w chacie i zabrać ze sobą rodzinkę.


Z obliczeń kierowcy wynika, że łamiąc wszelkie przepisy drogowe będziemy „na styk”. Do Warszawy docieramy w pięćdziesiąt minut, miasto pokonujemy w dwadzieścia pięć, do Płońska gdzie jest dwupasmówka docieramy w trzydzieści minut, ale od Płońska do Ostródy nie da się już utrzymać takiego tempa. Jest pełno tirów i musimy wlec się z nimi w długich konwojach. Po trzeciej w nocy nikną tiry z tras i można już jechać szybciej. Mijamy Rafinerie Gdańską o czwartej rano. Już wiem, że zdążę.


W Londynie jestem tak nakręcony, że wcale nie chce mi się spać mimo, że mam noc „do tyłu” i serie koncertów za sobą. Mój syn Tytus jest fanem rocka więc w Londynie mamy co robić. Odwiedzamy miejsca o których raczej nie piszą przewodniki turystyczne. Jesteśmy między innymi na słynnej Savile Row. Tu pod numerem 3 mieściło się biuro The Beatles i tutaj chłopaki nagrali swoją ostatnia płytę „Let It Be”. Tu również na dachu kamienicy zagrali ku przerażeniu policji i radości fanów słynny koncert. Gmach wydaje się pusty, a o dawnej obecności Lennona i spółki mówią tylko popisane przez fanów mazakami drzwi.


Savile Row słynnie nie tylko z The Beatles. To miejsce pielgrzymek wszystkich elegantów. Tu bowiem mieszczą się pracownie znanych męskich krawców. Ktoś kto chce mieć smart marynarkę uszytą na miarę może to zrobić w jednej z wielu pracowni w których szyje się garnitury nawet od pięciu pokoleń.  W przeszkolonych suterynach uwijają się faceci z nożyczkami, a w sklepach na górze unosi się zapach brytyjskiej klasy wyższej.


Uczestnicy niedawnych londyńskich rozrób raczej się tutaj nie ubierają. Za to ubiera się tutaj Robert Kozyra były szef radia Zet i przyszła (na razie mało kto wie jak facet wygląda) gwiazda telewizji, która zasili w nowym sezonie skład jury programu „Mam talent”. W jednym ze starych wywiadów ów Mistrz Próżności i Fabrykant Banału nie omieszkał poinformować swoich rodaków, że właśnie tu szyje sobie garnitury. Omijamy szybko świat brytyjsko-polskich kabotynów i lądujemy w naszej ulubionej dzielnicy Camden Town. Tu tradycyjnie roi się od angielskich punków, niemieckich i francuskich turystów, chińczyków oferujących tanie jedzenie i wszelkiej maści świrów z całego globu. 


Wraz z dziennikarzem Tomkiem Ziębą i jego dziewczyną Beatą, którzy zorganizowali w marcu koncert Big Cyca w londyńskim 02 Shepherds Bush Empire siedzimy w pubie Koniec Świata. Tu podobno bywała także Amy Winehouse mieszkanka Camden. Amy znana była z ostrych balang. Włóczyła się po Camden z samymi pijakami, a gdy ktoś poprosił ja o autograf gdy była w stanie upojenia, potrafiła dać w pysk. Bywało, że w pysk dostawała jakaś biedna, dziesięcioletnia fanka, która znała „tę panią z teledysków”. Po pijaku i na narkotykach rzadko kto jest miły.


Najbardziej po śmierci artystki płakał tatuś Mitch Winehouse (były taksówkarz), który porzucił jej matkę i zostawił Amy gdy była jeszcze dzieckiem. Wszyscy nagle (nawet jej byli faceci) bardzo płaczą po Amy, tylko nikt nie potrafił jej pomóc, gdy była jeszcze żywa. Martwa Amy jest bardziej obliczalna niż żywa i warta kupę forsy dlatego już gdy wyschną łzy zacznie się liczenie kasy. W jej domu na Camden Square ma powstać muzeum, wyjdzie „nowa” płyta, biografia, składanki, film o jej życiu. Jest o co się szarpać w gronie spadkobierców.


Idziemy gromadką znajomych pod dom Amy gdzie jeszcze trzy tygodnie temu stały wszystkie telewizje świata. W domu pali się światło, a pod płotem resztki zwiędłych kwiatów, pala się świeczki i jakiś wierny fan pisze list do zmarłej. Przy drzewie pełno powpinanych karteczek. Także po polsku. „Umarłaś tak młodo, mogłaś napisać jeszcze wiele wspaniałych piosenek…”. Wzorem znanym z grobu Morrisona, który leży w ciasnym grobie na Pere Lachaise w Paryżu, obok liścików do zmarłej kwiatów i świeczek, także puste butelki wina. Jest i polski akcent. Pusta butelka po piwie Tyskie czyli „nasi tu byli” jak mówił jeden z bohaterów „Seksmisji”.


Poniżej: zdjęcie pstryknięte w bramie przed domem Amy Winehouse na Camden Square 30 w Londynie. Wtorek godzina 22.15      

 

                


Podziel się
oceń
10
4

komentarze (20) | dodaj komentarz

Szmaciarstwo

wtorek, 23 sierpnia 2011 8:51

 

Do licznych atrakcji wakacyjnych takich jak festiwale muzyczne, zloty żaglowców, spływy kajakowe, siatkówka plażowa doszła ostatnio super atrakcyjna niespodzianka czyli strajk na kolei. Ach! Cóż to była za impreza!!! Pasażerowie przyklejeni do pustych peronów wprost nie posiadali się z radości. Strajk na kolei to nowa odmiana starej zabawy w chowanego. Zabawa polega na tym, że pasażerowie szukają na peronie pociągu, który się schował. Zabawę po raz kolejny wygrały pociągi, bo schowały się tak skutecznie, że do dziś niektórych nie można znaleźć.


Spółka Przewozy Regionalne odpowiadająca za przewóz pasażerów na setkach lokalnych połączeń urządziła sobie strajk w środku wakacji. Związkowcy, którzy zorganizowali strajk żądają podwyżek płac. W trakcie poprzednich strajków kolejowych mówiono o podwyżkach, ale obłudnie dodawano także hasła o polepszeniu  doli pasażera. Wmawiano nam wszystkim, że olanie rozkładu jazdy i odwoływanie pociągów lub kilkugodzinne postoje strajkowe w szczerym polu, to wszystko działania wypływające z głębokiej troski o pasażera. Tym razem nikt nie krył się pod oszukańczymi sloganami rodem z bajek dla dzieci. Twardo domagano się zwiększenia pensji. Dobrze odżywieni działacze związkowi naciskali na rząd aby dał im więcej kasy.


Walka o podwyżki dla wąskiej grupy zawodowej kosztem tysięcy pasażerów to od lat ulubiony manewr związkowego betonu.  Niestety te protesty nie biją we władzę , która ma rządowe limuzyny i helikoptery, ale uderzają w zwykłych ludzi. Wakacje to pora licznych wyjazdów. Zafundowanie komunikacyjnych paranoi tysiącom pasażerów w takiej porze to świadomy sabotaż i postawa wybitnie antyspołeczna.  Kolejarze owszem mają prawo do strajku, ale wykorzystując okres urlopowy oraz czas kampanii wyborczej wykazali się wyjątkowo wredną postawą gdyż liczą na to, że ministerstwo ze względu na okoliczności ugnie się pod tym chamskim szantażem i podpisze z nimi porozumienie. 


Strajk się odbył. Kosztował nas 5 mln zł. Tysiące ludzi nie dojechało do swoich domów i na wakacje. Rozmowy trwają i wszystko wskazuje na to, że już niedługo kolejarze będą mogli otwierać szampany. Jest przy tej okazji jeszcze jedna bulwersująca sprawa, którą należy traktować jako klasyczne przegięcie pały. Strajkujący nosili na rękawach biało czerwone opaski. Co (do jasnej cholery!) barwy narodowe mają wspólnego z waszą walką o szmal! Przestańcie wycierać sobie gęby narodową flagą! Tak niskie pobudki i tak bezczelne działania nie powinny być owijane w biało czerwone sztandary. Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia aby strajki płacowe usprawiedliwiać patriotyzmem. Polska flaga nie może być zasłoną dla interesów związkowego lobby.


Gdy w Gdańsku w Sierpniu 80 roku strajkowano w Stoczni przeciwko komunie, to biało czerwone opaski miały sens, bo była to walka o niepodległość. Gdy w latach 80-tych spontanicznie wybuchały strajki w Nowej Hucie, Radomiu czy Katowicach  to była walka o wolność. Teraz nikt nam nie wmówi, że strajk płacowy kolejarzy ma coś wspólnego z poszerzaniem wolności, z interesem Polski czy Polaków. Nakładanie takich opasek to kpina. Nałóżcie sobie opaski z symbolem dolara, złotówki lub euro waluty, bo wymachiwanie Polską gdy chodzi tylko o pensje to zwykłe szmaciarstwo!   


Fotka na dole przedstawia słynnego detektywa Horsta Raciczkę, który na dworcu kolejowym w Zaciążu  tropi ukryte pociągi. 

 



Podziel się
oceń
4
2

komentarze (10) | dodaj komentarz

Off frajda

czwartek, 11 sierpnia 2011 8:43

 

Kilka refleksji z Off Festivalu w Katowicach. Byłem tam tylko jeden dzień i byłem bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczony. Dawno nie gościłem na takim festiwalu! To było dla mnie coś absolutnie nowego w tym sensie, że moje festiwalowe, rockowe dotychczasowe doświadczenia były zupełnie inne.   Prawdę mówiąc dawno nie byłem na żadnym muzycznym festiwalu nie licząc Przystanku Woodstock w 2006 roku, czy Festiwalu w Opolu w 2009 podczas których miałem występy. Opole to raczej takie polskie San Remo, impreza pod telewizję czyli złote marynary i panienki tancerki w ilościach hurtowych, a Przystanek Woodstock Jurka Owsiaka przypomina nieco stary Jarocin tyle, że o wiele większy.  


Wraz z Pawłem Końjem Konnakiem i Jarkiem Janiszewskim zostałem zaproszony przez Wojtka Kuczoka (znany i nagradzany literat, autor słynnej powieści „Gnój”) organizatora Kawiarenki Literackiej, która jest jedną z atrakcji Off Festiwalu. Proponować ludziom spotkania literackie przy okazji dużej imprezy muzycznej wydaje się być pomysłem tyleż szlachetnym, co  karkołomnym.  Okazało się jednak, że na Offie chętnych do takich spotkań nie brakowało.  W ciągu trzech rozłożonych w czasie akcji podczas których promowaliśmy naszą książkę „Artyści, wariaci, anarchiści” wydaną w tym roku dzięki niespożytej energii Narodowego Centrum Kultury, przez nasz skromny, kawiarniany namiocik przewinęło się w sumie kilkaset osób, co gospodarz spotkania skwitował refleksją, że „bardzo wielu znanych literatów marzyłoby o takiej frekwencji”. Na imprezę jechaliśmy w pogodnych nastrojach i ciekawi tych spotkań.


Tygodnik „Przekrój” napisał nieco złośliwie, że przy lampce wina dobrze wykarmiona i modnie ubrana młodzież będzie się mogła od nas dowiedzieć jak robić rewolucje. Książka która promowaliśmy jest bowiem barwnym opisem działań szeroko rozumianej alternatywy lat 80. (od happenerów, Pomarańczowej Alternatywy, przez anarchistów, pacyfistów i muzyków rockowych).  Starając się nie popaść w kombatanckie nastroje, z dużą dozą autoironii i właściwej nam nonszalancji opowiadaliśmy o najbardziej nawet dramatycznych, przekomicznych czy absurdalnych wydarzeniach z epoki generała Jaruzelskiego. Jeden z uczestników spotkania zarzucił nam odcinanie kuponów od własnych biografii, co Końjo przytomnie skomentował, że my przynajmniej mamy od czego odcinać kupony w przeciwieństwie do oponenta. Podczas drugiego ujawnienia recytowaliśmy swoje absurdalne wiersze, a w kolejnym doszło do tzw. wolnej amerykanki słownej co lubimy najbardziej. 


Oczywiście Off Festival żył przede wszystkim muzyką, a my byliśmy tylko skromnym dodatkiem do całej palety atrakcji. Dlaczego Off Festiwal tak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył? Być może dlatego, że po raz pierwszy nie widziałem agresji i chamstwa typowego dla wielu innych imprez muzycznych , nie widziałem kolejek po piwo i jedzenie, nawet do kibli stało się tak jakoś miło. Moje stare, jarocińskie doświadczenia festiwalowe to pył i kurz, ścisk i szarpanina. To też ma swój urok, ale „higieniczność” Offu jest chyba bardziej pociągająca. W dniu w którym byłem grali na scenie m.in. Lech Janerka, Dezerter, L.Stadt, Czesław Mozil, Warpaint z USA i gwiazda z Wielkiej Brytanii Mogwai. Wszyscy zagrali na poziomie, a najbardziej podobały mi się  rockowe dziewczyny z  Warpaint, ale prawdę mówiąc największym hitem festiwalu była dla mnie jego atmosfera.  To był taki sympatyczny, kosmopolityczny piknik miłośników muzyki.


Zwykle jestem za kulisami i sam gram koncerty na małych i dużych scenach. Tym razem chodziłem między ludźmi po stronie widowni i czułem się tam niezwykle sympatycznie. Sporym zaskoczeniem był dla mnie wygląd młodzieży słuchającej muzyki alternatywnej. Przyzwyczajony do obcowania z ludźmi w rockowych koszulkach, wytatuowanych i o buntowniczym wyglądzie napotkałem ładnych, zdrowych, dobrze ubranych Polaków. Może ci wyglądający bardziej dziko pojechali na imprezę Owsiaka? Pewne jest, że to co udało się stworzyć Arturowi Rojkowi (dyrektorowi Festivalu) w ciągu tych kilku edycji Offu to już jest inny świat, inne pokolenie i inna Polska. Mniej siermiężna, mniej toporna, słuchająca dobrej muzyki, otwarta na świat. No cóż my byliśmy tam trochę jak kosmici z innej planety, ale jako starzy wyjadacze alternatywy poczuliśmy się na moment jak praojcowie gatunku.


Na fotce od lewej: Wojciech Kuczok (gospodarz kawiarenki literackiej na Off Festivalu), Pweł Konjo Konnak, Krzysztof Skiba i Jarek Janiszewski.         

 



Podziel się
oceń
8
8

komentarze (8) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 131  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer