Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Lato z fotoradarem

czwartek, 26 sierpnia 2010 9:22


Pamiątka z wakacji! Każdy z nas daje sobie wcisnąć jakieś koszmarne buble zwane „pamiątkami z wakacji". Raz jest to jakaś gipsowa figurka, innym razem kolorowy brelok czy ozdobny magnes na lodówkę. Najlepszą pamiątką są jednak zdjęcia wkładane do albumów, które pokazujemy podczas rodzinnych spotkań. Są jednak fotki wakacyjne, którymi ciężko się pochwalić. To fotki zrobione nam przez fotoradar, gdy przekraczamy dozwoloną prędkość. Na wielu z nich widać nasze zmęczone długą podróżą twarze, wykrzywione w nienaturalnym grymasie. Czasem na nich ziewamy, a czasem śmiejemy się beztrosko nie zdając sobie sprawy z faktu, że właśnie zrobiono nam z ukrycia fotkę.


Podczas wakacyjnych wypadów „w Polskę" wielu kierowców pada ofiarą ukrytych fotoradarów ustawianych przez straże gminne. Maszty z fotoradarami policyjnymi są poza aglomeracjami dużych miast dobrze oznakowane. Tylko wariat lub prawdziwy pirat drogowy pada ich ofiarą. Na kilkaset metrów przed każdym masztem jest zamontowana tablica informacyjna ostrzegająca o fotoradarach. Każdy normalny kierowca, który przywiązany jest głęboko do własnego prawa jazdy automatycznie zdejmuje nogę z gazu. Przyznajmy, że nawet gdy fotoradar jest nieczynny to jednak spełnia swoją rolę. Wszyscy kierowcy zwalniają. Maszty takie ustawiane są w pobliżu przejść dla pieszych czy w okolicach szkół.  Ich ilość często wkurza kierowców (fotoradarów jest w Polsce już chyba więcej niż drzew w Puszczy Augustowskiej) , ale generalnie maszty z fotoradarami policyjnymi przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa na drogach.   


Tymczasem fotoradary ustawiane w małych miejscowościach przez lokalne straże gminne to nic innego jak sposób na zbójeckie łupienie kierowców. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że fotoradary policyjne mają tolerancję pomiaru do 10 km, a w niektórych przypadkach nawet do 20 kilometrów. Chodzi o to by kierowca, który przy ograniczeniu prędkości do 50 km/h jedzie 55 km/h czyli nieznacznie przekracza dozwoloną prędkość nie musiał być ciągany po komisariatach.  Dopiero gdy znacznie przekroczy dozwoloną prędkość jest automatycznie fotografowany i musi zapłacić mandat oraz zdobywa groźne punkty. Tego rodzaju podejście wypływa ze zwykłego ludzkiego doświadczenia. Policja do której w 90 procentach należą fotoradary na polskich drogach, przy radykalnie surowym egzekwowaniu prawdopodobnie najzwyczajniej nie dałaby sobie rady z ilością wypisywanych wniosków o ukaranie.


Małomiasteczkowe chłopaki ze straży gminnych nie mają takich problemów gdyż wybitnie nastawieni są na chapanie kasy. Mechanizm jest prosty. Byle dziura zakupuje sobie fotoradar i ustawia go w miejscu absolutnie nieoznakowanym, najczęściej po prostu ukrytym. Czasem jest to kubeł na śmieci, a czasem jakaś niewinna reklama. Gminny fotoradar jest tak ustawiony, że rejestruje wszelkie przekroczenia prędkości nawet te w postaci dwóch czy trzech kilometrów.  W tak zastawioną pułapkę masowo wpadają kierowcy, którym szybko wysyła się listy miłosne wraz ze zrobioną fotką. Pisma takie to prawdziwy popis epistolografii. Zawiadomienia pełne są informacji o tym z jakich paragrafów i na jakiej podstawie prawnej musimy zapłacić mandat. Dokument  taki zwykle podpisany jest przez Komendanta Straży Gminnej aby dać nam do zrozumienia, że sprawa jest poważna.


Zawsze mamy do wyboru trzy warianty. Potwierdzamy, że kierowaliśmy autem, a tym samym przyznajemy się  do wykroczenia i godzimy na mandat karny oraz utratę punktów. Drugi wariant to przyznanie, że auto widoczne na zdjęciu należy do nas, ale kierowcą jest inna osoba. W takim wypadku musimy wskazać taką osobę. I wariant najciekawszy czyli sytuacja, gdy potwierdzamy, iż auto jest nasze, ale nie jesteśmy w stanie wskazać osoby kierującej pojazdem, a tym samym godzimy się na przyznanie wyższego mandatu, ale bez przyznawania punktów.


Jak się łatwo domyślić wielu kierowców godzi się na wariant trzeci czyli płaci więcej, ale dzięki temu nie kolekcjonuje punktów, których zbiór w liczbie powyżej 24 kończy się odebraniem prawa jazdy. Prawo zezwala więc na jawne oszustwo. Przecież nawet widząc wyraźnie swoją twarz na zdjęciu z fotoradaru możemy stwierdzić, że nie mamy absolutnie pojęcia kim jest ten człowiek. Wielu kierowców po prostu woli zapłacić i mieć sprawę z głowy.


W tym roku wiele sprytnych gmin (szczególnie w rejonach turystycznych np. w paśmie nadmorskim) zainstalowało swoje maszynki do zbierania pieniędzy. Niektórzy turyści gdy ledwo wrócili do domów już otrzymali pocztą kolekcje fotek z gminnych fotoradarów.  Mnożyły się też nadużycia. Zawiadomienie o przekroczeniu prędkości dostała osoba, która od 20 lat nie żyje. Ktoś inny rozpoznał, że na zdjęciu jest nie jego auto, ale za to z jego rejestracją. Komendant Straży Gminnej sprytnie posługując się komputerem wyłudzał w ten sposób pieniądze.


Czas powiedzieć sobie wprost. To nie poprawa bezpieczeństwa na drogach jest troską straży gminnych, ale poprawa grubości portfela lokalnych kacyków. Przecież zawsze łatwiej kupić fotoradar niż załatać dziury w gminnej drodze. Warto nazywać rzeczy po imieniu. Proponuję zmianę nazwy ze Straży Gminnej na  Bezczelne Towarzystwo Do Napychania Sobie Szmalu.

 



Podziel się
oceń
9
0

komentarze (49) | dodaj komentarz

Czas na kryminał

czwartek, 19 sierpnia 2010 8:46


Urlop to doskonały moment by przeczytać kilka zaległych książek. To czym karmimy swe umysły na urlopach woła o pomstę do nieba albo i do piekła. Narodził się nowy gatunek literacki zwany przez handlowców „lekką, wakacyjną lekturą". Pod tym miłym, zaszyfrowanym pojęciem kryje się zwykle jakiś szmirowaty bestseller, dobrze napisana tandeta literacka, czy super hiper sprzedający się kryminał o tym, że ktoś zabił muchę, a potem uciekł z milionem dolarów komara.


Umysł na urlopie pracuje inaczej. Zwoje mózgowe urlopowicza bronią się instynktownie przed czymś co jest wielką literaturą. Wyobrażacie sobie studiowanie problemów moralnych poruszanych w powieściach Tomasza Mana przy basenie? Wgłębianie się w intelektualne refleksje Marcela Prousta na plaży? Analizowanie strumienia świadomości Jamesa Joyce'a w portowej tawernie? Piekielnie trudne zadanie gdyż wakacyjny zgiełk pełen plusków wody, nawoływań i jazgoczącej muzyki nie sprzyja intelektualnym refleksjom.


To chyba jakaś wakacyjna podświadomość  nie pozwala nam zgłębiać pereł literatury światowej podczas letniego wypoczynku.  Z dziką furią barbarzyńcy odrzucamy więc wszystkie wysmakowane literackie homary i ochoczo przystępujemy do konsumpcji swojskiej i dobrze wpływającej na trawienie literackiej kaszy. Od czasu gdy na wakacyjny wyjazd pod palmy wziąłem mądrą książkę znanego autora, który słynął z wzniosłych myśli, co niestety po kilku dniach zakończyło się moją klęską, a więc od tego czasu gdy na wakacjach udławiłem się leżąc przy basenie zbyt skomplikowanym literackim daniem,  zawsze zabieram ze sobą kryminały.


W dobrym, klasycznym kryminale już w pierwszym rozdziale pojawia się trup. Wraz z trupem pojawia się zagadka. Wraz z zagadką mnożą się tropy sprytnie podsuwane przez autora i nasze własne podejrzenia, co do rozwikłania książkowej tajemnicy. I to jest zwykle ten moment , który określamy mianem „wciągnięcia się w powieść".  Dając się wciągnąć w akcje książki pochłaniamy ją szybko niczym hamburgera. Taki hamburger literacki przeznaczony do szybkiej konsumpcji, to idealny przerywnik między spacerem po plaży, a moczeniem ust w „Cuba libre"  przy barze. Maciej Słomczyński pamiętny tłumacz Ulissesa, który sam pisał w wolnych chwilach kryminały pod pseudonimem Joe Alex, dał wspaniałą definicję tego gatunku. Kryminał to zdaniem Słomczyńskiego książka, którą da się bez bólu przeczytać podczas jazdy pociągiem.


W tym roku wylatując samolotem na grecką wyspę Kos zabrałem ze sobą trzy kryminały. Jeden współczesny hicior kryminalny ze Szwecji autorstwa Jensa Lapidusa (bestseller sprzed kilku lat pt. „Szybki cash") oraz dwa staroświeckie kryminały retro Agaty Christie. Szwecja to jeden z najbardziej bezpiecznych krajów w Europie i być może dlatego ma naprawdę ciekawych autorów książek kryminalnych, którzy szwedzką nudę, ciszę i spokój uzupełniają galerią seryjnych morderców, gangsterów, psychopatycznych zabójców czy barwnych handlarzy narkotyków. Kryminały Christie to klasyka. To staroświeckie rupiecie pełne baronów, lordów, panienek z dobrych domów, poczciwych i wścibskich babulinek oraz tajemniczych morderców, którymi zwykle okazują się najbardziej przyzwoici obywatele małych miasteczek.


O ile przedstawianie Sztokholmu jako miasta grzechu i zbrodni może nieco śmieszyć w ultra nowoczesnym kryminale Lapidusa, o tyle stare kryminały Christie obfitują w rozliczne  dowcipne zdania, które można odczytywać bardzo współcześnie.  Oto opis pewnego lorda w powieści „Tajemnica siedmiu zegarów" : „jego ulubionym zajęciem był brak zajęcia". Albo taka smaczna charakterystyka pewnej osoby: "był tak obrzydliwy, głupi i żałosny, że nic dziwnego, iż wzięli go do rządu". Patrzcie państwo! Napisane sto lat temu, a ciągle nie brakuje nam postaci, które możemy sobie do tych zdań dopasować!    


U dołu fotka strzelona przez syna Tytusa na jednej z wąskich uliczek wioski na wyspie Nisyros leżącej godzinę jazdy statkiem od wyspy Kos.

 



Podziel się
oceń
5
3

komentarze (14) | dodaj komentarz

Brońcie Kółka!

piątek, 06 sierpnia 2010 8:00


Zwolennicy Kółka zbierali się już od wczesnych godzin porannych. Kółko było solidnie wbite w ziemię tworząc nad trawnikiem przy Pałacu Prezydenckim mistyczny półokrąg. Z godziny na godzinę miejsce robiło się coraz bardziej uroczyste. Patriotyczna dekoracja rozrastała się o wiele szybciej niż linie metra w Warszawie. Jedni przynieśli znicze, inni kwiaty. Otyły mężczyzna z wąsem zaczepił biało czerwoną flagę.

- Niech naród pamięta! - powiedział do grupki gapiów.

Starsza kobieta w berecie z napisem „I love fuck music" przypięła do Kółka portret Bronisława Komorowskiego.  - Przepraszam czy ma ktoś pinezki? - zapytała rozglądając się wokół i szukając wsparcia. - Mam jeszcze fotografię Donalda i też mogę przypiąć.


Pinezki szybko się znalazły. Podobnie jak biało czerwone wstęgi i kokardki, które czyjaś sprawna ręka przypięła do Kółka. Atmosfera gęstniała. Kółko wzbudzało coraz większe zainteresowanie. Grupa turystów z Japonii zrobiła sobie na tle Kółka serię pamiątkowych zdjęć. Pojawili się pierwsi reporterzy telewizyjni. Ci z TVN przyjmowani byli z aprobatą. Kilku najbardziej aktywnych obrońców Kółka udzieliło bojowych wywiadów. Na tych z TVP gwizdano i krzyczano „pisiory!". Jakaś bojowa kobieta ze znaczkiem Platformy Obywatelskiej w klapie, opluła Jana Pospieszalskiego, który drażnił zebranych swoimi zbyt dociekliwymi pytaniami.

- To samowola budowlana! Czy ci państwo, ci liberalni fanatycy którzy robią zbiegowisko i zamieszanie wokół Kółka uzyskali odpowiednie zezwolenia - poseł Joachim Brudziński z PiS grzmiał w telewizji Trwam.


Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna. Grupa wspierająca Kółko rosła w siłę tamując ruch pieszy na Krakowskim Przedmieściu. Mijały kolejne dni.  Wartę przy Kółku zaciągnęli harcerze, studenci od Palikota, tancerki z nocnych klubów i grupa biznesmenów. W nocy urządzano nocne czuwania. Powstały komitety wspierające Kółko oraz Patriotyczna Straż Obrony. Janusz Palikot promieniał i częstował młodszych obrońców Kółka żołądkową gorzką, a starszych wibratorami. Do Kółka postanowili solidarnie przywiązać się Tadeusz Mazowiecki i Adam Michnik.

- Nie oddamy Kółka! Po naszym trupie! Oblejemy się keczupem!


Lizusowska straż miejska sterowana przez prezydent miasta Hannę Gronkiewicz Waltz z uśmiechem na ustach wręczyła obrońcom Kółka dyplomy honorowe i lizaki z napisem „Kocham Warszawę". Sytuacja robiła się niebezpieczna. Jakaś wariatka od Rydzyka rozpuściła w okolicy Kółka gaz pieprzowy. Kilku osobom musiano szybko podać na otrzeźwienie kawior i francuskie, czerwone wino. Na szczęście studenci od Palikota ujęli sprawczynię zamachu i w bramie spuścili babci łomot.


Do boju ruszyli celebryci. Znany aktor Borys Szyc oświadczył w radiu TOK FM, że Kółka należy bronić jak własnego drinka w knajpie. Nawiedzona aktorka Joanna Szczepkowska  krzyczała do kamery, że obroni Kółko własnym ciałem. Andrzej Wajda udzielił w Gazecie Wyborczej obszernego, niezwykle emocjonalnego i pełnego intelektualnych dygresji  wywiadu w którym zastanawia się czy nie nakręci filmu o obrońcach Kółka jako o współczesnych obrońcach demokracji.  


I tylko pewien zdezorientowany dziennikarz z Londynu piszący książkę o Warszawie czasów Canaletta zapytał w kawiarni u Bliklego starszego jegomościa w okularach:  

- Panie o co w tym wszystkim chodzi?

Osobnik ów puszczając siarkę nosem (co z pewnością oznaczać miało głęboki wydech) spokojnie odłożył gazetę. Zdjął okulary i patrząc gościowi z Albionu prosto w oczy powiedział przez zęby drapiąc się po wystających rogach - Mister? To pan nie wie? To taka stara, polska zabawa w Kółko i Krzyżyk.  

 



Podziel się
oceń
6
2

komentarze (146) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 157  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer