Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 012 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Łapówa Party

wtorek, 26 sierpnia 2008 9:37
Łapówa Party

Kilka lat temu w gdańskim klubie Yesterday wspólnie z moim szalonym kolegą ze sceny Końjem urządziliśmy wieczór kabaretowy pod nazwą Łapówa Party. Było to za pamiętnych rządów premiera Leszka Millera, świeżo po serii większych i mniejszych afer korupcyjnych, których perłą w koronie była zadyma z posłem SLD Andrzejem Pęczakiem i podarowanym mu w zamian za przychylność mercedesem w wersji „full wypas".

Pod hasłem „Korupcja motorem gospodarki" domagaliśmy się zalegalizowania łapówkarstwa. Licznie zgromadzona widownia kupiła formułę naszego wygłupu. Bawiliśmy się setnie m.in. czytając wiersze popierające dawanie w łapę, czy urządzając pokaz mody, podczas którego dziewczyny prezentowały się w kieckach uszytych z banknotów jako „żywa gotówka". Jako samozwańczy profesor Skiba wygłosiłem płomienny referat historyczny dowodzący, iż wszyscy wielcy Polacy od Chrobrego, przez Piłsudskiego po Dochnala dawali, łapówki.

Jednym z naszych postulatów było opanowanie chaosu korupcyjnego. Domagaliśmy się wprowadzenia jasnych i czytelnych dla wszystkich stawek korupcyjnych. Za załatwienie zlecenia tyle procent, za rządowy kontrakcik taka działka dla ministra itd. Wszystko to w kpiarskim i prześmiewczym tonie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy to po występie przyszedł do nas jeden z widzów i podzielił się pewną opinią. Był to wyglądający bardzo poważnie facet w średnim wieku, który przedstawił się jako „polski przedsiębiorca". Ów widz powiedział, że z uwagą przysłuchiwał się naszemu programowi i że zaproponowane przez nas hasła są wbrew rozrywkowej formule bardzo sensowne i potrzebne. Ujawnił nam, że w biznesie nie używa się sformułowań typu „łapówka". W obiegu są bardziej wyrafinowane określenia jak np. „opłata przyśpieszająca". Jest niezwykle istotne - ciągnął swą opowieść ów jegomość -  aby stawki korupcyjne nie przekraczały 20 procent gdyż powyżej tej kwoty zaczyna się bandytyzm. To, co my prezentowaliśmy jako satyrę na chore układy panujące w kraju on będąc praktykiem biznesu potraktował jako możliwe do przyjęcia sensowne rozwiązanie.

Minęło sporo czasu. Ekipy Millera już dawno nie ma. Lewica okazała się zgniła jak zęby chłopa ze wsi w średniowieczu. Wszystkie kolejne ekipy rządowe mówiły o zwalczaniu korupcji, a dla PiS-u była to wręcz obsesja. Ziobro stał się pogromcą lekarzy, którzy kolekcjonowali koniaczki otrzymywane od pacjentów (ale to za jego czasów powstało CBA). Pitera wylansowała się na dyżurnego szeryfa gdacząc w kółko o korupcji.  Dzięki ujawnieniu kilku poważniejszych przewałów (np. w polskiej piłce), przyzwolenie dla tego masowego zwyczaju jakby zmalało.   

Korupcja polega na przytulaniu. Przytulaniu pieniędzy. No i nagle okazuje się, że przytulanie trwa nad Wisłą w najlepsze. Autostrady, które Niemcy budują w Hiszpanii kosztują pięć milionów euro za kilometr. W Polsce są trzy razy droższe i kosztują piętnaście milionów za taki sam odcinek. Dowiadujemy się, że druga linia metra w Warszawie będzie kosztować sześć miliardów złotych. Okazuje się, że Chińczycy mogą wybudować za połowę tej kwoty. Gdyby ktoś chciał przytulić dwadzieścia procent ustalonej stawki korupcyjnej (tak jak sugerował nasz widz) nikt nie zwróciłby na to uwagi. Tymczasem u nas forsa, którą chce się bezczelnie wziąć na lewo jest doliczana w skali stu lub dwustu procent!!! Może w kontekście tego bandytyzmu, który nam się proponuje postulat z ustaleniem sztywnej stawki korupcyjnej nie były taki zły? Wygłup z Łapówa Party, czyli hasło, że kraść można dwadzieścia procent, ale nie więcej wydaje się wysoce uczciwy. To już słynny włoski dramaturg, laureat nagrody Nobla Dario Fo ironicznie postulował w jednym ze swych dramatów „Mniej kradnij". Lepiej niech nas okradają przy pomocy łyżeczki od herbaty, a nie przy pomocy wiadra.  

Na zdjęciu poniżej znany niemiecki łapówkarz Gwido Klum na tarasie swej rezydencji Golden Village. Gwido dorobił się na doliczaniu dziesięciu procent do każdej załatwionej pozytywnie kupy w szalecie miejskim w Monachium.    




Podziel się
oceń
2
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Znajdź sobie lepszego boga!

poniedziałek, 18 sierpnia 2008 9:52
Znajdź sobie lepszego boga!


To oczywiście nie prawda, że mamy jednego boga. Monoteizm tak naprawdę nigdy nie miał większego wzięcia. Ludzkość od niepamiętnych lat uwielbiała oddawać cześć licznym bogom. Wśród grona bogów jeden z nich był tym najważniejszym, ale rezygnować ze wszystkich pozostałych...nigdy w życiu!


Nasza wyobraźnia trudni się wynajmowaniem pokoi dla wielu bożków. Jako organizm czerpiący swą energię z wynajmowania pomieszczeń dla myśli, wyobraźnia nie lubi, gdy pokoje stoją puste. Owszem w przepitym mózgu alkoholika, czy wypchanym trocinami mózgu debila trudno znaleźć jakiekolwiek pomieszczenie dla najmniejszej nawet refleksji religijnej. U osoby wrażliwej, chłonnej życia, otwartej na świat bogowie wprowadzają się i wyprowadzają jak zdradzone żony i nowe kochanki.


Wbrew temu, co piszą w swych książkach wielcy ateiści amerykańscy potrzeba bożków jest dziś większa niż w dawnych epokach. Nigdy wcześniej ludzkość nie była tak zagubiona i zdezorientowana w chaosie życia jak dziś. Skoro jest więc popyt na towar zwany bogiem to żelaznym prawem ekonomii pojawia się też niezwykle bogata i zróżnicowana oferta produktu. Dziś w świecie opanowanym przez szatana komercji - bóg podobnie jak proszek do prania, guma do żucia czy telefony komórkowe jest jednym z produktów, który sprzedaje się na rynku. Obok bogów oferowanych nam przez tradycyjne wielkie ruchy religijne mamy cały szereg bogów religii pomniejszych, a także setki bożków wciskanych nam przez liczne sekty, odłamy i odpryski religijne.


Co ciekawe największy wybór bożków dostępnych dwadzieścia cztery godziny na dobę wcale nie znajdziemy w sklepach zwanych popularnie, choć niesłusznie kościołami. Dziś potrzebę oddawania czci licznym bożkom wytwarza w nas rozpowszechniona w krajach nażartych kultura konsumpcyjna. Konsumpcja wydaje się dziś największym i najpotężniejszym ruchem religijnym planety. Wyznawcy tej religii oddają cześć swemu bożkowi kupując jego nowe wersje wraz z oprogramowaniem. Świat pełen jest fanatyków religijnych, dla których bogiem stał się komputer, telefon komórkowy, telewizor, nowa wersja Hondy, modna kiecka czy buty od Prady.


Specjalistyczne periodyki psychologiczne opisują liczne przypadki osób uzależnionych od przedmiotów. Przedmioty te odgrywają niezwykle ważna rolę w życiu wyznawców, a wyznawcy oddają im cześć kartami płatniczymi. Wiele kobiet bardziej kocha swoje torebki niż facetów, z którymi ma ślub. Wielu facetów bardziej lubi swoje auta niż własne dzieci. Tysiące młodych szczyli uważa, że telefon komórkowy jest im bliższy niż ojciec i matka. Nie brakuje młodych ludzi, którzy bardziej przyjaźnią się ze swoim komputerem niż z siostrą czy bratem. Wielu z nas wydaje się zabawne, że w starożytnym Egipcie wierzono w koty, uważano je za święte i oddawano im cześć. Dzisiejszy mądry i wykształcony człowiek wierzy w jeszcze coś głupszego. Wierzy w plastikowe pudełka zawierające procesory, diody i druciki.


Ostatnio mnoży się w Polsce nowa religia wyznawców nawigatorów GPS. Dawniej taksówkarz znał każdą ulicę i każdy kamień w mieście. Dziś wystarczy, że włączy nawigatora, a ten sam go doprowadzi pod wskazany adres. Wszystko cacy tyle, że taki taksówkarz to łajza nie kierowca. Gdy w obcym mieście spytać go o dobry hotel, czy knajpę nic nie powie, bo on miasta nie zna. Wozi przy dupie urządzenie, które go prowadzi jak błędnego rycerza przez dżungle ulic i tyle.

 
Gapiąc się tępo w mapkę nawigatora i słuchając jego poleceń można nieźle zabłądzić. Mapy wgrywane do GPS-ów nie uwzględniają przecież ciągle prowadzonych w miastach remontów ulic, a co za tym idzie objazdów i zmian w kierunkach jazdy. Na wielu starych mapach nie ma nawet dróg i mostów  powstałych kilka ładnych lat temu. Wyznawca GPS-u nie zabiera ze sobą mapy i ślepo ufa urządzeniu. Pech sprawia, że miast o takich samych nazwach jest w Polsce wiele. Znam przypadek kierowcy, który był na bakier z ortografią i nazwę Chyżne wpisał przez samo „H". Nawigator zaprowadził go do jakiejś zapadłej dziury w Wielkopolsce 250 km dalej od celu podróży.


Problem zbytniej wiary w urządzenia poruszony został w słynnym Dekalogu Kieślowskiego. „Nie będziesz miał innych bogów przede mną" mówi przykazanie. Bohater wierzy w obliczenia komputera i kończy się to dla jego rodziny tragicznie. Wiara w przedmioty to fanatyzm naszej epoki. Nikt już nie wierzy ludziom. Wszyscy wierzą w urządzenia podsłuchowe i ukryte kamery.


 
Poniżej na zdjęciu Tarcyzjusz Lebioda ostatni kierowca w województwie pomorskim poruszający się bez nawigatora GPS. Fot: Tytus Skiba




Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Rozmowy nie na telefon

środa, 06 sierpnia 2008 13:08
Rozmowy nie na telefon

Wakacje nieodłącznie kojarzą się z podróżami. Sens wakacji polega na wyjeździe z domu i ucieczce od stałego otoczenia oraz od tych, z którymi pracujemy. Mój problem polega na tym, że ja jako osoba udzielająca się na scenie sam jestem w ciągłej podróży. Tak często nie ma mnie we własnym domu, że po przyjeździe do chaty nadal czuje się jak w hotelu. Zdarza się tak, że po długiej trasie koncertowej muszę „zwiedzać" własne pielesze, aby zorientować się gdzie, co jest. Moje wyobcowanie domowe jest tak wielkie, że ze zdziwieniem odkrywam rzeczy, które leżą na swoim miejscu od lat.


Ostatnio rodzina zrobiła sobie żarty i po powrocie z występów zorganizowała mi wycieczkę po sobie. Pokazano mi moich dwóch synów, na których spoglądałem z lekkim niedowierzaniem, wskazano gdzie mieści się toaleta, a gdzie sypialnia. Co więcej żona po długim niewidzeniu okazała się atrakcyjną i bliską mi kobietą, a mój gabinet, studio nagrań, które mam w piwnicy i ładny ogród idealnym miejscem do spędzenia wakacji. O tym, aby wakacje spędzić w domu nie było jednak mowy. Musieliśmy wyjechać i wyjechaliśmy na półwysep Kassandra do Grecji. .


W związku z wyjazdem, który nastąpił dzień po powrocie z koncertów ponownie poczułem się jak w pracy. Na wakacje nie było szans tym bardziej, że w Grecji nie brakuje naszych rodaków, którzy rozpoznawali mnie i robili sobie pamiątkowe fotki. W samej Grecji też stale ulegałem przemieszczeniom. Najpierw na skutek interwencji mojej żony podróżowaliśmy z pokoju do pokoju. Motywem przewodnim wycieczek hotelowych był grzyb na ścianie. Następnie podobnie jak większość turystów zapisaliśmy się na tzw,. wycieczki fakultatywne. Podróżowaliśmy statkiem pirackim na świętą górę Athos i jeepami po bezdrożach i górach Kassandry. Praktycznie każdego dnia pakowano mnie albo do autobusu, albo do bagażnika samochodu i kazano coś zwiedzać i podziwiać.


Na tym nie skończyła się męka wyjazdów. W wyniku wcześniejszych ustaleń skróciłem swój pobyt w Grecji o jeden dzień i wyjechałem do Francji gdzie zaproszono mnie do udziału w nowym programie rozrywkowym „Fort Boyard" (program będzie pokazywany od września w TVP 2). Żeby dostać się do fortu napoleońskiego leżącego na pełnym morzu u wybrzeży La Rochelle (gdzie kręcony jest program) musiałem o czwartej rano wziąć taksówkę z Paliouri do Salonik (ok. 120 km). Następnie z Salonik poleciałem Lufthansą do Monachium, a z Monachium do Paryża. W Paryżu przechwycił mnie nie mówiący po angielsku kierowca z firmy przewozowej, który twierdził, że widział moje zdjęcia nago i że to „jest dobre dla programu". Gdy zorientowałem się, że wiozą mnie na plan filmu erotycznego wytłumaczyłem mu, że doszło do komicznej pomyłki. Facet czekał na kogoś z Grecji, ja co prawda jechałem z Salonik, ale z przesiadką w Monachium. Przypadek sprawił, że samolot z Monachium był lekko opóźniony i wylądował w podobnym czasie, co rejsowy samolot z Aten. Nowo złapaną taksówką udało mi się dotrzeć na dworzec Montparnasse gdzie czekał na mnie już Piotrek Cugowski i cała ekipa, która miała pojawić się ze mną w programie.


O szczegółach widowiska nie mogę za bardzo pisać gdyż ma to być telewizyjna niespodzianka. Do La Rochelle dotarliśmy super szybką kolejką TGV, a do samego fortu dowieziono nas motorówką. W forcie przeżyliśmy cały szereg ciekawych przygód, które niebawem zobaczycie na ekranie. Tymczasem okazało się, że program z moim udziałem jest ostatni, jaki kręcą w tej serii. Po zakończeniu zdjęć Francuzi z ekipy filmowej zaprosili wszystkich do kubańskiej knajpy na balangę. W finale tej balangi wszyscy wszystkich wrzucali do basenu, czego sam też doświadczyłem i z przeziębionym uchem wróciłem do Polski. Strajk pracowników bagażowych na lotnisku w Paryżu dopełnił całości. Koncerty w Krynicy Morskiej i Ustroniu grałem szczęśliwy i półgłuchy.  


Mówi się, że podróże kształcą. I rzeczywiście tak jest. W pociągu TGV jak ktoś chce rozmawiać przez telefon komórkowy to wychodzi na korytarz. W Polsce tego nie uświadczysz. Każdy ględzi w tramwaju czy pociągu o swoich sprawach i wtajemnicza obce osoby w problemy swojej firmy, czy rodziny. Ciekawe czemu rozmowy nie na telefon to akurat nie te, które wszyscy przeprowadzają w podróży?           


Poniżej turyści, którzy zgubili swe telefony komórkowe na plaży.





Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

środa, 22 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  6 515 922  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer