Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 012 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Stary wściekły

piątek, 29 lipca 2011 10:59

Na drugim terminalu lotniska Okęcie w Warszawie jest obok licznych sklepów z wódą i kosmetykami jedna księgarnia. Jest całkiem nieźle zaopatrzona i dla wszystkich, których czeka długa podróż to ostatnia szansa aby kupić coś ciekawego do czytania na drogę.  Wylatywałem właśnie na tydzień, na małe wakacje z rodzinką. Kierunek grecka część gorącej wyspy Cypr.  

 

Lot nie trwa długo, bo zaledwie trzy godziny. W planach były raczej leniwe wakacje w stylu „leżenie przy basenie”. Jak zwykle miałem jakieś książki ze sobą (m.in. nowy bestseller Stephena Kinga „Czarna bezgwiezdna noc” i nową powieść Manueli Gretkowskiej „Trans”), ale czułem, że wakacyjny księgozbiór należy jeszcze wzbogacić. Katalog biura podróży donosił, że hotel Aeneas w Agia Napa koło Larnaki do którego się wybieraliśmy, to hotel z największymi basenami w Europie. Tego rodzaju przechwałki są zwykle banalnym chwytem reklamowym biur podróży, ale nawet gdyby baseny nie były największe, a po prostu spore było wystarczającym argumentem za wybraniem wariantu turystycznego typu „leżak z książką” niż wariant „gonienie za atrakcjami po wyspie w czterdziestostopniowym upale”. 

 

Szperając między półkami lotniskowej oferty natrafiłem na nową książkę Jerzego Gruzy pt. „Rok osła”. Gruza kojarzy się wszystkim jako reżyser „Czterdziestolatka”  czy komedii takich jak świetny „Dzięcioł” z Wiesławem Gołasem. Wielu pamięta także, że był to reżyser festiwali w Opolu oraz spektakli w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tymczasem Jerzy Gruza to także czujny obserwator naszej rzeczywistości, złośliwy, przenikliwy i dowcipny. Czytałem już jego wydaną dwa lata temu książkę „Stolik”  w której pełno było środowiskowych anegdot, obserwacji i komentarzy. „Rok osła” okazał się książką podobną. Nadal jest to rodzaj dziennika w którym autor zamieszcza swoje „anegdoty, opowiadania, podsłuchy”.  Myliłby się jednak ten, kto potraktowałby książkę reżysera „Tygrysów Europy”  jako kawiarnianą paplaninę, pełną słodkich historyjek dla równowagi przetykanych gdzie niegdzie gorzkimi uwagami. Jest to lektura mocno buntownicza. Dziś młodym przeszła ochota na bunt czego dowodem tak wyprane z wszelkiej ideologii imprezy jak Open’er. Dziś buntują się już tylko stare wapniaki takie jak Gruza. I to jak pięknie się buntują!

 

Gruza, który od dłuższego czasu jest już na marginesie życia filmowego i telewizyjnego, a wszystkie jego nowe scenariusze są odrzucane pozwala sobie na ostre komentarze dotyczące wszystkich uczestników sporu politycznego i z uśmiechem strzela niczym karabin maszynowy do absurdów polskiej rzeczywistości. To co w „Stoliku” było tylko namiastką , w „Roku osła” nabiera siły bomby o sporej mocy. Paradoksalnie Gruza emeryt jest bardziej zbuntowany i w buncie swym wiarygodny niż wielu „młodych, zdolnych, wściekłych” pisarzy jak np. Żulczyk czy Orbitowski.  Na szczęście obok wyśmiewania innych, autor nie oszczędza także samego siebie. Cudowny jest opis gdy skuszony zaproszeniem od jakiejś nieznanej firmy, licząc na darmowy posiłek w eleganckim hotelu udaje się na spotkanie i wpada w banalną pułapkę organizatorów trywialnej promocji wygodnych poduszek i kołder. No cóż …”wesołe jest życie staruszka”, jak śpiewano kiedyś w kabarecie.  

 

Lekturę wkurzonego na świat Gruzy połkałem nad basenem w jeden dzień i była to ożywcza witamina.  Dawno temu napisałem fikcyjny reportaż pt „Wyciśnięte cytryny”. Był opublikowany w kwartalniku „brulion” w 1990 roku i w zbiorze moich opowiadań z 2009. To zmyślona historia o łódzkich emerytach, którzy pozbawieni nadziei na „spokojna starość” zakładają kapele punkowe. Żart był wzbogacony informacją, że jest to reportaż zgłoszony przez szwedzki Królewski Komitet Antydyskryminacyjny do corocznej nagrody Toniretty (europejski odpowiedni Pulitzera). Na ten dowcip wielu dało się nabrać w tym pewien bardzo znany polski dokumentalista, który chciał nakręcić film o losach punków emerytów.  Gdyby jakieś kapele punkowe wśród emerytów jednak powstawały to Jerzy Gruza śmiało mógłby być w nich wokalistą.

 

Na koniec anegdota o pewnej warszawskiej modelce opisanej przez Gruzę. Modelka zdawała maturę ustną z języka polskiego. Uprzedzono ją aby przeczytała III część „Dziadów”. Niestety pomyliła się i przeczytała druga część „Chłopów”. Zdała.   

 

Na fotce poniżej przerwa w lekturze czyli spacerek po klifie Cape Greco.

 


Podziel się
oceń
8
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Urodziny

czwartek, 14 lipca 2011 8:49

Miałem urodziny. Niestety były to kolejne urodziny, a wiec jestem starszy o rok. To oczywiście nic nadzwyczajnego. Każdy ma urodziny.  Hucznie obchodzi się osiemnastkę, albo trzydziestkę, a potem czterdziestkę (tzw. pernikalia) i już dalej właściwie nie powinno się obchodzić żadnych urodzin, chyba że ktoś dożyje setki.  Dawno temu czterdzieste urodziny to była taka graniczna data. Faceta po czterdziestce uważano za starca stojącego nad grobem. Później ta granica się na szczęście przesunęła. Taki Johnny Depp ma już wysoko po czterdziestce, ale ciągle wygrywa w rankingach na najbardziej seksownego faceta. Przed stu laty byłby już emerytem, a nie kapitanem Czarnej Perły w kolejnych odcinkach „Piratów z Karaibów”.

 

Teraz jest taki zwyczaj, że faceci niezwykle hucznie obchodzą pięćdziesiątkę. To ostatnie lata przed emeryturą i do sześćdziesiątki przez te dziesięć lat możemy udawać  „dojrzałego faceta” na chodzie. To czas na ostatnie wybryki i szaleństwa w stylu „młodzieżowym”. Zadbanych pięćdziesięciolatków wpuszczą jeszcze do niektórych dyskotek i klubów. Po sześćdziesiątce to już tylko wędka, zbieranie znaczków, uprawianie ogródka, czytanie biblii  lub bawienie się z wnukami. Oczywiście można zajmować się też polityką jak kogoś to bawi. Zwykle ma się wówczas kupę wolnego czasu. Niektórzy od nadmiaru wolnego czasu głupieją i zamiast na spacer do parku idą do polityki. Mówi się o błędach młodości. One są niczym przy błędach starości!!!  

 

Kobiety (o dziwo!) jakoś lepiej radzą sobie z problemem starzenia. Po prostu robią sobie operacje, ubierają się seksownie i udają nastolatki jak Cher. Może to i głupie, ale w sumie mało szkodliwe. Facetom odbija o wiele mocniej i w niebezpiecznym kierunku. Nagle taki jeden z drugim dochodzi do wniosku, że coś wielkiego musi zostawić po sobie. Zwykle wpadają wówczas na pomysł aby zostać na starość senatorem czy prezydentem. Takie pomysły to przeważnie katastrofa.  W krótkim czasie osobnik taki traci cały pozytywny potencjał jaki zgromadził przez życie. Legenda sportu, olimpijczyk Władysław Kozakiewicz (lat 60) startujący w tych wyborach na posła z ramienia pszenno buraczanego PSL, to tylko kolejny przykład na to, że los może z nas okrutnie zakpić.

 

Wszyscy sportowcy czy artyści, którzy jako stateczni panowie nagle wzięli się za politykę – stracili. Lista jest długa, a otwiera ją Jan Pietrzak, Krzysztof Cugowski i Janusz Rewiński. Kozakiewicza najzwyczajniej szkoda na politykę. To wspaniały sportowiec, któremu zapyziałe ( i obrotowe bo odda się każdemu) PSL może tylko uwiesić się na szyi i ssać krew sławy niczym spragniony wampir.

 

Trudno coś poradzić. Taki wiek! Szalona decyzja o kandydowaniu zapadła.  Sześćdziesiątka na karku i pan Władek chce  być posłem i pewnie nim zostanie. Cugowski z Budki Suflera też był senatorem, a potem tylko żałował i wkurzał się, że musi być kumplem Leppera, ocierać się o jakieś miernoty w sejmie i robić sztuczną minę, że wszystko jest ok. Cugowski tak się wkurzył i rozczarował polityczną sytuacją, że dosyć szybko zawiesił swoje członkostwo w PiS, a potem z niego ostatecznie wystąpił. Do dziś bycie senatorem odbija mu się czkawką i najchętniej by o tym zapomniał. Koledzy z branży jak chcą go zdenerwować to mówią do niego „panie senatorze”. Gorzej było z Janem Pietrzakiem dawną legendą kabaretu. Ten człowiek podpuszczony przez własne ego i kilku szaleńców chciał zostać prezydentem Polski i to na serio, a nie dla jaj. W wyborach dostał jakieś promilowe poparcie, upadł i nie podniósł się do dziś.  Pietrzaka jako komika i satyryka spotkało po przegranych wyborach coś najgorszego na świecie, co może przytrafić się w tym zawodzie. Przestał być śmieszny, zabawny, lekki, a stał się gorzki. Teraz gdy występuje na imprezach Gazety Polskiej jest już tylko wkurzony. To słabe referencje dla kogoś kto para się kabaretem.   

 

Partie takie sławy jak Cugowski czy Kozakiewicz nie traktują poważnie.  Znani ludzie są potrzebni w trakcie trwania kampanii wyborczej.  Są jak atrakcyjny rekwizyt, którym się macha żeby wszyscy widzieli. Po wyborach do poważnych zadań politycznych używa się zupełnie innych ludzi, a celebrytów odstawia w kąt.

 

Miałem urodziny. To nic nadzwyczajnego. Każdy ma urodziny. Mnie stuknęło 47 lat. Nadal robię to co robiłem przez lata. Wchodzę na scenę i się wygłupiam. Kto wie co przyjdzie mi do głowy jak będę miał lat 60? Jeżeli wpadnie mi do głowy taki pomysł jak Kozakiewiczowi i jako zupełnie już stary zgred będę chciał zostać posłem, senatorem, albo nawet radnym czy sołtysem, to niech ktoś z Was złośliwie przypomni mi ten tekst.

 

Na fotografii poniżej koncert Big Cyca w trakcie moich urodzin. Kawaleria gitarowa w akcji! Od lewej (jeszcze trzeźwi) Dżej Dżej (Jacek Jędrzejak), Maras (Marek Szajda), ja, Piękny Roman (Romek Lechowicz) i Gadak (Piotr Sztajdel). Dżery (Jarek Lis) jest niewidoczny, bo siedzi z tyłu za bębnami.          

 


  


Podziel się
oceń
6
6

komentarze (50) | dodaj komentarz

Koncert za kratami

piątek, 08 lipca 2011 11:39

W więzieniu byłem kilka razy. Za komuny siedziałem trzy miesiące w pace jako wróg systemu, który rzucając ulotki „godził w sojusz ze Związkiem Radzieckim”. Ze dwa razy zatrzymano mnie na tzw. dołku jako sprawcę „chuligańskiego wybryku” który ja interpretowałem jako niezrozumiałe dla władzy działanie artystyczne zwane później przez historyków happeningami Pomarańczowej Alternatywy. W 1990 roku ówczesny Minister Sprawiedliwości przysłał mi pismo, w którym informował, że wolna Polska przeprasza mnie za krzywdy doznane w czasach PRL ze strony tego resortu.


Więzienie to inny świat rządzący się swoimi prawami. Istnieje podstawowy podział na grypsujących (podkultura więzienna) i nie grypsujących. Podział na recydywę i „petki” czyli pierwszy raz karanych. Wśród więźniów są ci szczególnie niebezpieczni, trafiają się uprzywilejowani, nie brakuje też tzw. „akowców” (drobnych złodziei od powiedzenia, że kradnie „a to kury, a to kaczki” ) i „rowerzystów” czyli drobnych przestępców, którzy nawywijali coś po pijaku lub nie płacą alimentów. Kategoria specjalna więźniów to „eska” czyli psychole. Ci zwykle siedzą osobno. Na szczęście nie siedziałem ani długo, ani tak często jak inni i mam nadzieje, że nie nasiąkłem złymi nawykami. Wiezienie wykorzystałem sprytnie do nadrabiania zaległych lektur i wybitnych dzieł literackich, na które na wolności najzwyczajniej nie starczało czasu. Dzięki represyjnemu systemowi generała Jaruzelskiego przeczytałem Braci Karamazow, Biesy, Idiotę, Biednych Ludzi, Gracza, Łagodną, Skrzywdzonych i poniżonych, a nawet Dzienniki Fiodora Dostojewskiego. Smutny nastrój powieści wielkiego Rosjanina współgrał z moim stanem wewnętrznym.  Dostojewski czytany w pace nabiera zdecydowanie szerszego wymiaru.


Wychodząc w listopadzie 1985 roku z pudła na mocy amnestii dla więźniów politycznych miałem nadzieję, nigdy już tam nie wrócić. Wróciłem , ale jako zaproszony artysta. W 1993 roku zagraliśmy z Big Cycem koncert w Zakładzie Karnym w Wołowie. Wołów to duże i ciężkie więzienie. Graliśmy koncert na sali gimnastycznej. W rozpakowywaniu sprzętu pomagał nam więzienny zespół muzyczny. Skład zespołu przedstawiał się następująco: klawiszowiec i wokalista (wyrok 20 lat), perkusista (wyrok 10 lat), gitarzysta (wyrok 8 lat), basista (wyrok 5 lat). Jak łatwo się domyśleć liderem zespołu był klawiszowiec. Być może jest już na wolności. Tuż przed koncertem zrobiliśmy sobie fotki za kratami i w kajdankach. Big Cyc był wówczas w trasie. Dysponowaliśmy całym zapleczem technicznym łącznie z dymami i efektami pirotechnicznymi. Bez uprzedzenia strażników odpaliliśmy pod koniec koncertu nasze petardy. Dym zrobił się wielki, a wszyscy więźniowie wstali z miejsc choć mieli surowy zakaz. Nikomu nic się nie stało, ale ochrona włączyła już alarm o zagrożeniu najwyższego stopnia. Przy wyjeździe z więzienia bardzo nas kontrolowali czy kogoś nie przemycamy. Szczególną uwagę strażników przykuły bębny Dżerego.


Dwa lata później zagraliśmy w więzieniu w Siedlcach. Tym razem największą sensację zrobiła Wiesia Warszawska z Lalamido, która  śpiewała z Big Cycem jedną piosenkę. Ostatnio znowu trafiliśmy za kratki. Tydzień temu Big Cyc dał koncert w Zakładzie Karnym w Goleniowie. To stare pruskie więzienie zbudowane w 1880 roku. Teren wiezienia zajmuje kilka hektarów, a budynki są ustawione w kształcie krzyża. Siedzi tu ponad tysiąc skazanych. Osadzeni to osoby po wyrokach od kilku miesięcy odsiadki, do dożywocia.  Na koncert zezwolono tylko dwustu pięćdziesięciu więźniom. Mogli oglądać Big Cyca na dwóch spacerniakach oraz z cel prawego skrzydła więzienia. Scena była umieszczona na tirze, który wjechał na teren więzienia. Byliśmy między siatką ze spacerniaka i siatką przy murze czyli tzw. „pasem”. Pas to miejsce w którym strażnicy mogą strzelać gdy zobaczą więźnia.


Ogólnie wrażenia były niesamowite choć przygnębiające. Ciemne korytarze, kraty, cele to wszystko nie nastraja do optymizmu. Lepiej tu nie trafić na dłużej niż te dwie godziny trwania koncertu. Po występie dostaliśmy brawa, a ja spotkałem się w wybraną grupą więźniów.  Zadawali pytania o historię zespołu oraz brali autografy.  Dyrektor więzienia zaprosił zespół na obiad w kasynie, w którym posilają się strażnicy. Bardzo pomocny przy organizowaniu koncertu okazał się młody wychowawca Krystian Łapot (zorganizował tira ze sceną oraz sprzęt nagłaśniający), lecz cichym bohaterem tego więziennego wydarzenia był mój znajomy Darek, który przebywa w zakładzie karnym z dziesięcioletnim wyrokiem (w nadziei na wielkie zyski uruchomił fabryczkę narkotyków na Ukrainie, wpadł i siedzi).


Występy w więzieniach nie są zbyt częste, a kapele rockowe grywają tam niezwykle rzadko. Polskim zespołem, który ma na swoim koncie kilka występów w zakładach karnych jest Closterkeller. W ciupie grywał Elvis Presley, wielki gwiazdor country Johnny Cash, a także słynna Metallica.  Są tacy, którzy kręcą teledyski za kratami. My wzięliśmy ze sobą reportera Gazety Wyborczej  Rafała Malko, który cyknął kilka fotek. Poniżej na pierwszym planie z gitarą Dżej Dżej, w głębi ja z mikrofonem.   

     

           

 


Podziel się
oceń
7
1

komentarze (44) | dodaj komentarz

środa, 22 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  6 515 976  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer