Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 235 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pieczenie na wolnym ogniu

piątek, 29 czerwca 2007 14:52

Pieczenie na wolnym ogniu 

Lato ma być upalne i mimo, że prognozy synoptyków mogą się sprawdzić tak jak obietnice polityków, czyli niekoniecznie, redakcja studenckiego pisma „dlaczego” wpadła na pomysł, aby mnie usmażyć. I to nie w sposób metaforyczny tylko dosłownie. Zorganizowano sesję fotograficzną, na której miałem prezentować się jak danie gotowe do spożycia przez ludożerców. Dlaczego upalne lato ma kojarzyć się z podpiekaniem Skiby wie tylko redakcja „dlaczego”. Ostatecznie przekonano mnie argumentem, że wyglądam smakowicie, a płomienie zostaną dorobione komputerowo.  

Podczas burzy mózgów w redakcji rozważano różne warianty pieczenia, smażenia i gotowania. Był nawet pomysł wsadzenia mnie do wielkiego garnka i potraktowania jak wkładki mięsnej do zupy. Ostatecznie zwyciężył pomysł, aby odwołać się do klasyki filmów przygodowych i upiec mnie na wolnym ogniu. W tym celu miałem zostać nadziany na kij i niczym upolowany dzik, czy prosię podpiekany od dołu. Bycie nadzianym ma swoje dobre i złe strony. Taki np. lobbysta Marek Dochnal, czy producent filmowy Lew Rywin byli nieźle nadziani, a ugotowano ich na całego. Podpiekanie od dołu też nie do końca może być przyjemne, o czym z pewnością wiedzą nie tylko ministranci księdza Jankowskiego, czy młodzi księża z kręgów biskupa Paetza.        

Z sesjami fotograficznymi jest tak, że robią ci tysiące zdjęć, męczysz się na nich przez cały dzień, lata wokół ciebie pełno dziewczyn od charakteryzacji, dopieszczają cię asystentki fotografa i oświetleniowca, ty robisz z siebie kompletna małpę, ale tłumaczysz to sobie, że poświęcasz się dla jakiegoś wyższego celu (np. dla sztuki), a na końcu i tak wybierają najgorsze zdjęcie na okładkę, czy gdzie im, tam potrzeba. Przeżyłem coś takiego kilka razy i bałem się sesji z pieczeniem jak cholera. W telewizji jest taki zwyczaj, że zawsze sypią na ciebie wiadra pudru i dopiero stawiają przed kamerą. Big Cyc unika jak może tego typu zabiegów tłumacząc się, że mamy wrażliwe skóry i po pudrowaniu dostaniemy wysypek, co daje ostatecznie jeszcze gorszy efekt niż pokazywanie naszych zakazanych fizjonomii bez charakteryzacji. Taka argumentacja nie zawsze skutkuje, bo puder jest w telewizji ważniejszy niż aktorzy, muzycy, reżyser, a nawet sam prezes.  

Naszą najbardziej udaną sesją fotograficzną była sesja zorganizowana przy okazji kręcenia teledysku do piosenki „Facet to świnia”. Koncepcja była taka, że przebieramy się za kobiety, a sam teledysk kręcimy w klimatach słynnego filmu muzycznego Boba Fosse’a „Kabaret”. Nie bez wysiłku przygotowano nam kobiece stroje w trzech odmiennych stylach. Raz mieliśmy być kobietami eleganckim, druga odsłona to paradowanie w strojach operowych niczym bohaterki opery Madame Butterfly, a na końcu przebraliśmy się za wulgarne tirówki. Jako dziwki wypadliśmy oczywiście najlepiej.  

Wbrew pozorom przebrać się za kobietę nie jest łatwo. Poddano nas brutalnej depilacji, dorobiono sztuczne cycki i kazano chodzić w szpilkach. Dla Dżej Dżeja nie można było znaleźć rozmiarów i specjalne buty zamówiono w Hucie Katowice gdzie rzecz w końcu się udała przy okazji porannego wytopu surówki. Najpiękniej wyglądał gitarzysta Piękny Roman, a perkusista Dżery ze trzy razy zaliczył glebę, bo nie opanował chodzenia na wysokim obcasie. Sam teledysk (w którym pojawiła się też słynna Danuta Rinn) zdobył kilka nagród na festiwalach i był jednym z lepszych naszych klipów, a fotki z tej sesji do dziś wzbudzają śmiech gdy rozdajemy je na Big Cycowych pocztówkach. 

W sesji dla pisma „dlaczego” (które ukaże się niebawem jako podwójny wakacyjny numer) wzięła mnie w obroty charakteryzatorka – specjalistka od horrorów. Przy pomocy pędzelka i farbek zrobiła mi nadpalone ucho, przypieczone wargi i nadpalone brwi. Tak płonący zostałem doprawiony jeszcze cebulą i pomidorami oraz niby nadziany na kij (efekt sesji na zdjęciu poniżej). Pointa opowieści jest taka, że nie chciało mi się tej charakteryzacji ściągać i tak ucharakteryzowany podszedłem na ważne spotkanie w sprawie mojego nowego programu w telewizji, który ma pojawić się we wrześniu. Producent programu upewnił się, że ma do czynienia z właściwym człowiekiem. Gdy po spotkaniu zamykałem drzwi usłyszałem tylko: Skiba to kompletny wariat. Dajemy mu program!

 

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (46) | dodaj komentarz

Goły cyc i nic

piątek, 22 czerwca 2007 14:03

Goły cyc i nic 

Lato już na całego i przy pięknej pogodzie plaże powoli się zaludniają. Dla jednych plaża pełna smażących się na słońcu ciał to widok godny pędzla Hansa Memlinga (przypomnijmy autora słynnego „Sadu Ostatecznego”), dla drugich miejsce wypoczynku, a dla jeszcze innych powód do wielkiego zgorszenia.  

Lubię oglądać stare fotografie z plaży w Sopocie. Są w wielu albumach i na pocztówkach wydanych kilka lat temu z okazji 100-lecia kurortu. Widzimy na nich panie szczelnie odziane w stroje kąpielowe pokrywające całe ciało i mężczyzn w zabawnych pasiastych gaciach, którzy paradują po sopockich wydmach niczym kulturyści z przedwojennego cyrku. Czasy i moda brutalnie obeszły się ze strojem kąpielowym. Można powiedzieć, że moda plażowa od lat idzie na …skróty. Dziś, gdy kobiece bikini uszyte są z dwóch wąskich tasiemek dawne stroje przypominają pokrowce na kontrabas.  

O ile skąpe stroje budzą sensacje już tylko nielicznych „zgorszonych” o tyle panie opalające się topless są na polskich plażach rzadkością. Nie wynika to z braku chętnych czy pruderii, ale z przepisów, które tego zabraniają. Opalanie się topless traktowane jest przez policje i straż miejską jak wykroczenie i karane mandatem nawet do wysokości stu złotych. Moda na opalanie się nago dotarła do Polski już w latach 70-tych. Z tego okresu pochodzi słynny song Zbigniewa Wodeckiego o nudystach w Chałupach. Słynnej plaży naturystów nie ma tam już od dawna, bo miejscowi na czele z proboszczem ochoczo przepędzili golasów. Dziś plaże dla naturystów w Polsce są nieliczne, a na dodatek nikt nie  wie gdzie tak naprawdę się znajdują. Gdy w latach dziewięćdziesiątych naród masowo zaczął wyjeżdżać na plaże Hiszpanii i Grecji dostrzegł, że moda na topless jest tam czymś całkowicie normalnym także na zwykłych plażach. Na Lazurowym Wybrzeżu we Francji gdy panienka spaceruje po plaży w staniku jest to rzadkość i rodzą się podejrzenia, że coś z jej cyckami musi być nie halo.  

Już na początku swej muzycznej działalności (czyli 20 lat temu!) muzycy Big Cyca ogłosili sezonowy bojkot biustonoszy i wznosili hasła, że czas już odetchnąć pełną i swobodna piersią. Był nawet taki nasz slogan „Gołe cycki to więcej niż chleb i demokracja”. Trochę było w tym zgrywy, trochę prowokowania. Dziś jako stary cap mam nieco większy dystans do masowego ściągania biustonoszy na plaży. Przyznajmy delikatnie, że widoki nie zawsze są budujące. Jednak karanie mandatami kobiet, które na ogólnodostępnej plaży nie chcą się opalać w placki i zdejmują odważnie biustonosze wydaje mi się przesadą. Strażnik miejski goniący panienkę z gołym biustem nie dodaje sobie powagi. Przez postronnych obserwatorów może być wzięty nawet za obleśnego obmacywacza, molestanta, czy umundurowanego zboczeńca.  

Wszystko jest kwestią obyczaju i czasu. Najważniejsze, aby nie wprowadzać przymusu, ani w jedną, ani w druga stronę. W gołych piersiach kobiecych nie ma niczego zdrożnego, wszak wszyscy byliśmy karmieni gołym cycem naszych matek, co najpiękniej przedstawił Stanisław Wyspiański w słynnym pastelu  „Macierzyństwo” z 1902 roku. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nawet papież musiał widzieć jako niemowlak gołe cycki. Jestem głęboko przekonany, że prawo do opalania się topless zostanie wywalczone tak samo jak prawo do strajku, prawo do przerwy śniadaniowej, czy prawo urlopu.  

Ponieważ ostatnio modne są czerwone torebki to prezentuję fotkę z koncertu Big Cyca, którą strzelił dzielny fotograf Arek Szczupak. Peruka i torebka to rekwizyty, których używam w trakcie wykonywania piosenki „Facet to świnia”. Jeżeli policja mimo groźby ośmieszenia będzie prześladować dziewczyny z gołymi biustami na plażach to przez całe lato ten numer będziemy dedykować wszystkim nadgorliwym przedstawicielom służb porządkowych.

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (40) | dodaj komentarz

Trzeci silnik

środa, 13 czerwca 2007 17:31

Trzeci silnik 

Ostatnio dałem sobie nieźle w kość. W ciągu dwóch dni zaliczyłem cztery występy i to w tak odległych miastach jak Sopot i Wisła, a po drodze był jeszcze Olsztyn i Kamienna Góra – malownicza miejscowość leżąca dziesięć kilometrów od czeskiej granicy. Najwięcej szumu było oczywiście wokół naszego występu na festiwalu Top Trendy w Sopocie gdzie pozwolili nam zagrać „Moherowe berety”. Sensacja stał się nasz wspólny występ z Jerzym Połomskim, którego wejście na deski Opery Leśnej wywołało entuzjazm i podniosło publiczność na równe nogi. Dostaliśmy za piosenkę „Bo z dziewczynami” owację na stojąco, a Jerzy Połomski (lat 73) miał łzy w oczach.  Recenzje były wyśmienite jedynie Hubert Musiał dziennikarz działu kultura z „Dziennika” napisał coś o chłodnym przyjęciu, ale facet pił wówczas wódę w knajpie pod sceną to jak mógł chłopina widzieć, co się dzieje na widowni. Że też poważny gazeta wysyła takich ochlapusów na festiwal.  

Sezon koncertowy w pełni i wszyscy dużo grają. Najwięcej oczywiście gwiazdy disco polo. Już wielu myślało, że to historia, przeszłość, że zdechło wraz ze słynnym „Disco Relaxem” i nie wróci, a tymczasem wróciło i ma się całkiem nieźle. Co więcej jest na to moda.  

Disco polo trafiło nawet na imprezy typu juwenalia. W tym roku studenci obok wykonawców rockowych czy hip hopowych zapraszali także gwiazdy takie jak Boys, Akcent czy Top One. Zdarzyło się coś co jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia. Gdy trzy lata temu Boysi grali na juwenaliach AWF-u w Gdańsku traktowano to jako ekscentryczny pomysł na zasadzie „zrobimy to dla jaj”. Rok temu gwiazdy disco polo były już prawie na każdych juwenaliach, a w tym roku odbył się prawdziwy szturm. Wykonawcom disco polo poświęcano specjalne koncerty. Jeden dzień obowiązkowo był zarezerwowany dla disco polo. W Białymstoku w maju do Boysów dokleili Big Cyca i przyszło piętnaście tysięcy ludzi. Dzień później przez miasto przeszła trąba powietrzna i przewróciła scenę. Może był to znak od Pana, że takie zestawienia są szkodliwe dla zdrowia psychicznego?    

Przed laty kultura studencka kojarzyła się z ambitną twórczością. Na juwenaliach występowały grupy alternatywne i niszowe, czasem nawet zakazane i nielubiane przez władze. Zapraszano teatry studenckie i urządzano happeningi. Dziś wszystko poszło w kierunku czystej, komercyjnej zabawy. No, bo jakie piosenki Polacy potrafią zaśpiewać po pijaku wszyscy razem. Są tylko cztery: ukraiński song „Hej sokoły” (to z tych ambitniejszych), weselne „Sto lat” i „Szła dzieweczka” oraz discopolowe „Niech żyje wolność i swoboda i dziewczyna młoda”. „Góralu czy ci nie żal” nie liczę, bo nikt nie zna drugiej zwrotki, a z pierwszej tylko połowę. Ale co tu narzekać na słabą znajomość repertuaru pijacko rozrywkowego skoro nawet z hymnem narodowym są problemy i poza pierwszą zwrotkę rzadko, kto wychodzi. Co innego tacy Włosi! Ci, przy wódeczce i winie bez wysiłku szukania w starych śpiewnikach walną wszyscy razem na wielkim luzie ze sto hitów od Drupiego po Toto Cotunio. 

Dziesięć lat temu sam kpiłem z disco polo i nawet napisałem piosenkę o Shazzie z refrenem „Shazza Shazza doprowadzasz mnie do cmentarza”. Numer ukazał się na bestsellerowej płycie Big Cyca „Z gitarą wśród zwierząt”. Dziś, gdy dzwonią do mnie dziennikarze i pytają, co sądzę o powrocie Shazzy i innych wykonawców tego kręgu to dobrotliwie odpowiadam „Na zdrowie”. Skoro tłumy ich kochają i nikomu nie przeszkadzają ich grafomańskie teksty oraz prosta jak cep muzyka, to pewnie publiczność ma rację, a nie kręcący nosami krytycy gatunku. Podobno Boysi w tym sezonie potrafią w soboty dać trzy koncerty w trzech różnych miejscach. Więcej od Boysów występuje w Polsce już tylko kabaret Ani Mru Mru, ale ci wiadomo, gadają to mają lżej.  

Ja gram na prawdę dużo (czasem po 15 występów w miesiącu), ale Boysów przebić byłoby mi ciężko. I to są zalety grania z playbacku. Wrzucasz płytkę i samo gra, a u kapel rockowych zanim rozstawią sprzęt to mija godzina, przez drugą się stroją i nagłaśniają, a przez dwie następne szarpią druty i drą do mikrofonów. Po koncercie zwijają jeszcze sprzęt przez następną godzinę. I jak tu zagrać trzy koncerty w jednym dniu? Ale może to i dobrze, bo przy takiej liczbie koncertów bym się zabił, albo musiał zamontować trzeci silnik w tyłku. Na okrasę daję fotkę całego Big Cyca z jednego z koncertów.   

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (36) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 062  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer