Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 607 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dres czy stres?

środa, 30 maja 2012 8:54

 

Franciszek Smuda ujawnił, że podczas meczów naszej reprezentacji na Euro 2012 będzie siedział na ławce trenerskiej w dresie. Przy okazji takich spotkań trenerzy zwykle prezentują się w eleganckich garniturach. Bywa, że są częściej pokazywani niż niejeden piłkarz. Ich gesty, okrzyki i nerwowe reakcje na przestrzelone bramki czy stracone okazje, to ważny element spektaklu zwanego piłką nożną. 


Smuda w garniturze źle się czuje i woli dres. Dres jak sam mówi, to w jego wypadku już „pewna tradycja”. Oczywiście dres pasuje na boisko jak najbardziej, ale w wypadku spotkań międzynarodowych i tak wysokiej rangi zawodów, dres może mieć jakiś asystent od podawania napojów czy masażysta, ale nie trener reprezentacji! Być może działa tu jakiś mechanizm magiczny czyli trener jest przekonany, że dres przyniesie mu szczęście. Takich przesądów jest przecież bardzo dużo. Bywają trenerzy, którzy w dniu ważnego meczu się nie golą lub nakładają specjalny rodzaj bielizny. Wiele maturzystek jest przekonanych, że gdy na egzamin założą czerwone majtki, to przyniesie im szczęście.

 

Kumulacja takich zabobonów mogłaby w wypadku Smudy prezentować się komicznie. Wyobraźcie sobie nieogolonego Franka w dresie, czerwonych stringach i z woreczkami wudu lub talizmanami szczęścia na szyi. Być może umiejętności naszej ekipy, nie są aż tak wielkie, jak się powszechnie sądzi i  chłopu pomóc mogą już tylko magiczne sztuczki.

 

W latach 90 dresy kojarzyły się bardzo negatywnie. Był to rodzaj subkultury uliczno przestępczej, w którym ton nadawały grupy osiłków, specjalizujące się w gonieniu innych ludzi (nie dresów) oraz w drobnych kradzieżach i podwórkowych bijatykach. Dresiarze chodzili w tandetnych, zwykle kolorowych dresach za piętnaście złotych.  Dziś ta subkultura jest w zaniku w tym sensie, że dawni dresiarze wyglądają już zupełnie inaczej. Dresy zostały odzyskane przez sportowców, kulturę hip hop, a nawet świat mody, który pozytywnie je przetrawił. Dawni dresiarze jednak do dziś są symbolem głupoty, stąd tak częsta ich obecność w piosenkach rockowych czy skeczach kabaretowych. 

 

Skoro miłośnikom elegancji dresy tak bardzo przeszkadzają, to być może warto dla Smudy uszyć połączenie dresu z garniturem czyli dreso-garnitur. Byłoby to wdzianko mocno awangardowe i Smuda na pewno wpisałby się takim strojem w historię mody. Wpisać się w historię sportu jest o wiele trudniej. Tutaj trzeba mieć wyniki, ale w świecie mody, Franek ma szanse nawet na mistrzostwo. Jakby miał prezentować się taki dreso-garnitur? Po prostu dres z klapkami po bokach i z doszytym krawatem. Możliwe są też mutacje tego kostiumu np. dreso-frak (idealny do opery) czyli dresy z doszytym „pingwinem” z tyłu, lub dreso-smoking (super na okazje i spotkania biznesowe)  czyli dresy przerobione na smoking plus muszka (może być nawet w kształcie Anny Muchy – minister sportu).

 

Takimi kostiumami Franek przebije nie tylko drużynę Niemców czy reprezentacje Hiszpanii. On przebije nawet Coco Channel!     

 



Podziel się
oceń
7
11

komentarze (39) | dodaj komentarz

Uczniowskie kawały

wtorek, 22 maja 2012 8:53

Stara prawda głosi, że człowiek uczy się przez całe życie. Ostatnio wszyscy mogliśmy się nauczyć, że kawały z czasów szkolnych mogą nam zaszkodzić nawet po latach. Amerykański dziennik „Washington Post” drobiazgowo opisał szkolne żarty Mitta Romneya republikańskiego kandydata na prezydenta USA. Po pięćdziesięciu latach wyciągnięto Romneyowi, że uczęszczając do elitarnej Cranbrook School w Michigan, jednemu z uczniów obciął kosmyk włosów, a staremu profesorowi od angielskiego, który miał słaby wzrok, otworzył na niby szklane drzwi w bibliotece, skutkiem czego ten uderzył nosem w szybę.

 

Przemoc w stosunku do kolegów (nawet jeśli oznacza jedynie obcięcie kosmyka włosów) jest naganna, a żarty ze starych profesorów zawsze niestosowne, ale czy będąc uczniakiem, wie się takie rzeczy. Według prasy nieprzychylnej Romneyowi te sztubackie zgrywy to dowód na to, że republikanin to zimny drań. Mnie Romney obchodzi tyle co zeszłoroczny śnieg, bo i tak wiadomo, że przegra z Obamą, ale bardziej niż wygłupy szkolne młodego Romneya przeraża mnie fakt, że można na serio odwoływać się po tylu latach do szkolnych psikusów i na ich podstawie oceniać człowieka.

 

Powalony straszliwymi „zbrodniami” z czasów szkoły polityk, wyznał, że nie pamięta tych konkretnie przypadków, ale za wszystkie szkolne kawały przeprasza, gdyż być może posuwał się w nich za daleko.  Wielu z nas w tym momencie pewnie przypomniało sobie swoje szkolne wybryki. Prawdę mówiąc Romney w konkurencji uczniowskich żartów wypada przy mnie blado. Udawanie trupa na lekcji polskiego, symulacja omdlenia w trakcie klasówki z matematyki, zjadanie kredy szkolnej, podrzucanie zdechłego szczura do szuflady pani od rosyjskiego, atakowanie dziewczyn z klasy śnieżkami, czy atramentem, niszczenie pomocy naukowych pod pretekstem ich naprawienia, taniec z kościotrupem z gabinetu biologicznego, wyjście z klasy przez parterowe okno na lekcji chemii. To tylko niektóre z moich popisowych akcji szkolnych z czasów podstawówki. Głównie w klasie szóstej i siódmej, bo w ósmej przeszedłem na wyższy wymiar walki z systemem szkolnym i założyłem wraz z Maćkiem Kosycarzem szkolny kabaret.

 

Ja na szczęście nigdzie nie kandyduję i nie chcę nawet w dalekiej przyszłości (np. na emeryturze) zostać sołtysem, posłem, radnym czy prezydentem.  Sam ochoczo przyznaję się do szkolnych łajdactw, ale przyznać też muszę, że byli ode mnie lepsi. Taki na przykład kumpel zwany „Galikiem” potrafił włamać się do szkoły i ukraść wszystkie dzienniki szkolne klas ósmych i siódmych, czym totalnie sparaliżował prace szkoły tuż przed końcem roku. Galik miał w tym swój interes, bo z kilku przedmiotów groziła mu pała. Gdyby zginął tylko dziennik naszej klasy, wszystko byłoby jasne. Dla pewności Galik zwinął więc dzienniki ośmiu klas i utopił je w Motławie. Po godzinie śledztwa prowadzonego energicznie przez młodego matematyka pana Minko, Galik przyznał się do swego czynu.

 

Szkoła potraktowała sprawę niezwykle łagodnie. Chcąc pozbyć się ze swego grona kłopotliwego ucznia, sprytnie zaliczono mu wszystkie przedmioty, a z zachowania wlepiono niedostateczny, co skutecznie zablokowało Galikowi drogę do jakiejkolwiek sensownej szkoły po podstawówce (w tamtych czasach obowiązywała ośmioletnia szkoła podstawowa, nie było gimnazjów, a nauka w liceum trwała cztery lata). Wszyscy uważaliśmy Galika za „bohatera”, bo to właśnie on zadał najbardziej celny cios znienawidzonej przez nas szkole.  Gdyby Romneyowi wyciągnięto historię takiego kalibru, nie mógłby kandydować nawet na dozorcę parkingu.  

 

Czy nie jest skończonym idiotyzmem powoływanie się na szkolne żarty sprzed 50 lat? W Ameryce najwidoczniej nie. Obawiam się, że ta moda dotrze wkrótce także i do nas. Dowiemy się wówczas, komu nie dał ściągnąć lekcji Jarek Kaczyński, ile klamek pastą do zębów wysmarował Zbigniew Ziobro i jak Stefan Niesiołowski podglądał dziewczyny w damskiej ubikacji.  A wy jakie kawały robiliście sobie w szkole?             

 



Podziel się
oceń
7
13

komentarze (24) | dodaj komentarz

Rękoczyny

wtorek, 15 maja 2012 8:49

 

Kolejny wylew sejmowego chamstwa za nami. Nikogo nie dziwią awantury w polskim sejmie (politycy serwują nam je co jakiś czas) , ale ta ostatnia była wyjątkowo ostra. Wyzwiska, oskarżenia i inwektywy sięgają powoli jakiegoś poziomu absurdu, który dla społeczeństwa przestaje być zrozumiały.  Wszyscy komentatorzy są zgodni, że dalej to już tylko mordobicie i rękoczyny jak w parlamencie w Tajlandii czy Korei Południowej, gdzie lanie się po pyskach niejednokrotnie  miało już miejsce.

 

Zaznaczmy od razu, że nie ma winnej jednej strony. Na wulgaryzację debat politycznych w polskim sejmie solidnie zapracowały wszystkie partie. I jest to niestety smutny obraz tego, jak Polacy ze sobą rozmawiają. Porównania Donalda Tuska do Adolfa Hitlera, zarzucanie sobie wzajemnie zdrady narodowej, czy wreszcie sugestia Palikota, że Jarosław Kaczyński jest winny śmierci własnego brata, były nie tylko pozbawione dobrego smaku, ale poza ostrzem złośliwości były (i to chyba jest największy zarzut) po prostu czystym pustosłowiem. I to pustosłowiem do którego się wszyscy przyzwyczajamy, oswajamy jak z małym szczeniaczkiem rasy kundel i które to pustosłowie za chwile nie będzie robić na nas żadnego wrażenia. Ale to dopiero za chwilę, bo na razie jeszcze robi.

 

A dlaczego, te ciężkie jak nogi mostu zdania, rzucane w czasie ostatniej pyskówki sejmowej są pustosłowiem? Dlatego, że tak naprawdę nawet najwięksi wrogowie Tuska i rządu PO, nie uznają jego polityki za politykę hitlerowską . Na zdrowy rozum, to się po prostu logicznie nie zgadza. Tusk zamiast grać w piłkę, musiałby wymordować sześć milionów obywateli, a pozostałych trzymać pod pręgierzem. Gdyby Tusk był jak Hitler, to PiS byłby w leśnej partyzantce pod Białowieżą, a nie w parlamencie na sutych dietach poselskich. Chamstwem i absurdem jest także zarzut Palikota, że Jarosław Kaczyński posłał własnego brata na śmierć i że jest politycznie winny tej katastrofie. W to z kolei, tak naprawdę nie uwierzą nawet najwięksi wrogowie PiS-u. Więc są to, tylko złośliwości mające za zadanie, zrobić jak największą przykrość adwersarzowi.

 

Na takim paliwie wyzwisk, daleko się nie zajedzie, co najwyżej do stacji z napisem „bijatyka”. Znawcy boksu już obstawiają kto, kogo i w jakim stylu. Oto najnowsze przewidywania dotyczące rękoczynów w sejmie. Prawdopodobnie Palikot walnie z liścia posła Błaszczaka , Joachim Brudzinski prawym sierpowym trafi poseł Annę Grodzką, Beata Kempa skopie tyłek Ewie Kopacz, Leszek Miller uderzy wreszcie w nos posła Ziobrę, Kuchciński znokautuje Niesiołowskiego za Ewę Stankiewicz, a Adam Hoffman powalczy dzielnie  w półdystansie z Pawłem Grasiem.

 

Wbrew powszechnym opiniom, nie będą to wcale pierwsze rękoczyny w polskim parlamencie. Tam przecież zawsze mają miejsce rękoczyny, gdy tylko jest jakieś  głosowanie. Jedni podnoszą ręce na „tak”, inni na „nie”. Między bójką na podwórku, a rękoczynami w parlamencie różnica jest tylko w jednym. Po podwórkowej bójce poobijanych jest, co najwyżej kilku osiłków z dzielnicy, natomiast po „rękoczynach” sejmowych bywa, że poobijani jesteśmy wszyscy.  

 

Fotka u dołu: działaczka społeczna Justyna Walcownia z miejscowości Obora Duża, przygotowująca się do rękoczynów w obronie moralności swojego męża.  

 


Podziel się
oceń
20
8

komentarze (30) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 217  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer