Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pijany jak student

wtorek, 26 maja 2009 12:03

 

Jak zwykle w maju studenci organizują swe święta zwane juwenaliami. Z tej okazji w miasteczkach akademickich ruszają korowody przebierańców i odbywają się liczne plenerowe koncerty. Młoda inteligencja bawi się z rozmachem, czyli hucznie i głośno. To nie tylko kilka dni bardziej lub mniej głupiej zabawy. To świętowanie stanu przejściowego, celebrowanie własnej młodości. Student to osoba, która z jednej strony jest już dorosła, ale z drugiej postrzegana jest jako osoba nie w pełni dojrzała, stojąca dopiero u progu świata dorosłych.


Młodzież studencka bawi się do upadłego, bo wie, że za kilka lat już nie będzie na to czasu. To taka zabawa na zasadzie: teraz się wygłupiamy i robimy różne durne rzeczy, bo za chwilę pozakładamy rodziny, będziemy mieli poważną i nudną pracę, będziemy się ścigać o awanse w wielkich korporacjach, ale póki co hulaj dusza. Zabawę wspomaga syndrom „zerwania się ze smyczy". Wielu studentów uczy się daleko poza miejscem zamieszkania. Nadmierna opieka i zainteresowanie rodziców z czasów liceum i matury zwykle nie sięga już do czasów akademika. Uwolnieni od troskliwych matek i ojców studenci mogą nagle poczuć się naprawdę „wolni". I trzeba przyznać, że korzystają z tej wolności w pełni np. latając z gaśnicami pianowymi po korytarzach.


Gdy już rozróba jest zbyt wielka i potrzebna jest interwencja policji lub rektora, to zawsze można powołać się na tradycję. A juwenalia tradycję mają piękną i długą, bo pierwsze imprezy tego typu organizowano już pięćset lat temu na Akademii Krakowskiej za czasów Kazimierza Jagiellończyka. Opisy studenckich zabaw znajdziemy w licznych świadectwach literackich z tamtego okresu w tym m.in. w słynnych kronikach Jana Długosza.


W atmosferze juwenaliowej świetnie odnajdują się kapele rockowe. Maj to w naszym środowisku okres wyjątkowej aktywności. Ze swych nor i zakamarków wyłażą na światło dzienne najbardziej nawet leniwe i zapomniane krokodyle rockowego rzępolenia. Dawniej muzyka rockowa oraz tzw. piosenka studencka dominowała podczas koncertów w miasteczkach akademickich. Teraz jest już tylko jednym z elementów. Od paru lat hitem juwenaliowych imprez są koncerty kapel disco polo. Zaczęło się od Wrocławia, który chyba jako pierwszy sześć lat temu zorganizował koncert tej przaśnej odmiany muzycznej w ramach studenckiego święta. Okazało się, że studentom bardzo odpowiada zabawa w rytmie piosenek Boysów, Milano, czy Topless. Koncert miał być imprezą z przymrużeniem oka i z wyraźnym znakiem, że to są tylko tzw. „studenckie jaja". Tymczasem wyśmiewani discopolowcy przyjęci zostali z autentycznym entuzjazmem. Nikogo nie dziwi już, że jednego dnia gra na imprezie Kult, a drugiego grupa Boys. Sam wielokrotnie ze zdziwieniem spotykałem na studenckiej scenie gwiazdy disco polo.


W latach osiemdziesiątych w ramach juwenaliów organizowano nie tylko koncerty, ale również spektakle ambitnych i awangardowych teatrów studenckich. Przy okazji studenckiego święta dochodziło do prezentacji niezależnych artystów, happeningów, pokazów, akcji plastycznych. Na scenach prezentowały się wyłącznie udergroundowe kapele rockowe i studenckie kabarety. Nikomu nie przyszłoby do głowy zapraszać zespoły i artystów znanych z telewizji. Takimi wówczas gardzono.


Dziś wszyscy tęsknią za gwiazdami z głównego nurtu, a za „podziemie" robią jedynie kapele w stylu Boysów. W czasach, gdy wszystko wolno zmieniają się gusta estetyczne i nikt nie tęskni już za sztuką walczącą i niezależną. Prawdę mówiąc, ciężko byłoby dziś taką znaleźć nie narażając się na pomieszanie patosu ze śmiesznością.


Na fotce poniżej Big Cyc przed trasą. W tym roku byliśmy na juwenaliach w Katowicach, Bydgoszczy, Szczecinie, Lublinie i Nowym Sączu.

 

 



Podziel się
oceń
2
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Iść nie iść

wtorek, 19 maja 2009 13:03

 

To odwieczny mój dylemat. Iść na nowy polski film czy nie iść. Dawniej Polacy rozważali inne warianty: bić się czy się nie bić, strajkować czy nie strajkować oraz czy wejdą Rosjanie, czy nie wejdą? Dziś na szczęście dylematy mają mniej katastroficzny charakter. Nie oznacza to jednak, że podjęcie decyzji jest łatwe. Udanie się do kina jest związane z dużym ryzykiem. Zawsze to blisko dwie godziny w plecy. Ale ryzykujemy przecież nie tylko stratę czasu. Oglądając kolejny nieudany film urodzony w bólach przez polską kinematografię, narażamy swoją delikatną psychikę na traumę oraz pogłębiamy nasze kompleksy narodowe, bo mamy świadomość, że inni potrafią.


Są tacy krytycy jak Krzysztof Varga, który wyznał niedawno, że uwielbia oglądać gnioty. Powiedzmy sobie szczerze, takie postawy to wyrafinowany margines osób uwielbiających tortury. Większość z nas idzie do kina z nadzieją, że to właśnie będzie to, że tym razem polskie kino przełamie swoją niemoc i nieumiejętność opowiadania historii. Jesteśmy wiernymi kibicami i trzymamy kciuki. Nawet gdy film jest taki sobie, przekonujemy wszystkich wokół, że „nie był taki tragiczny, a nawet całkiem fajny".


Nasza beznadzieja filmowa z nielicznymi wyjątkami takimi np. jak „Dług" czy „Plac Zbawiciela" Krauzego trwa już dwadzieścia lat, albo i dłużej. Nie brakowało w tym czasie pojedynczych wypadków przy pracy. Takie filmy jak „Kroll" z rewelacyjnym debiutem Cezarego Pazury, „Psy" Pasikowskiego, a z nowszych „Symetria" Konrada Niewolskiego, to były te momenty, gdy wiara w polskie kino wracała niczym bociany na wiosnę. W rubryce na plus można zaliczyć też kilka komedii. Oba „Killery" (choć drugi był słabszy) Machulskiego i „Pogodę na jutro" Jerzego Sthura, może jeszcze „Sztos" Lubaszenki. Hitami były tzw. filmy babskie (najlepszy z nich to „Lejdis"), ale to za mało na wielkie kino. A dalej to już straszny dramat. Lektury szkolne, upiorne kino psychologiczne, koszmarne komedyjki kryminalne dla dresiarzy, pseudoartystyczne wypociny. Problem w tym, że nie każdy może być Fellinim, czy Hitchcockiem, ale wielu próbuje, a my musimy to oglądać.


A przecież dawniej potrafiliśmy! Sukces kanału Kino Polska polega na tym, że leci tam cała masa starych, dobrych polskich filmów i widzowie chętnie je oglądają po raz kolejny. Najlepsze są te z czasów „szkoły polskiej". Jakie to kino było wyrafinowane i wysmakowane! Wspaniałe aktorstwo Cybulskigo, Kobieli, Krzyżewskiej, zdjęcia Lippmana, muzyka Komedy, reżyseria Wajdy czy Polańskiego. Mimo upływu lat te stare taśmy ogląda się z wielką radością i poczuciem, że obcuje się z prawdziwą sztuką. Dziś po tych wielkościach nie ma śladu w polskim kinie.


A więc iść czy nie iść na Masłowską i „Wojnę polsko-ruską"? Jedni mówią: świetne! Inni piszą: dno. Nie ma autorytetów w tej dziedzinie. Gdyby żył Zygmunt Kałużyński to przeczytałoby się jego recenzję i człowiek byłby spokojny. Wszyscy piszą o wielkiej roli Borysa Szyca, więc chyba pójdę dla niego na ten film, ale też trochę dla książki. To, co Dorota Masłowska wyczynia z językiem w tej powieści to jest majstersztyk. Jej kolejna książka „Paw królowej" to był już ból zębów, choć znam takich, co nie dobrnęli do końca nawet „Wojny polsko-ruskiej pod flaga biało czerwoną". Autorka posiada niewątpliwie potężną wyobraźnię językową, ale to bawienie się językiem jest u niej czasem jak nudna solówka na gitarze. Gdy Satriani wycina swe strzeliste figury na prostym instrumencie szarpanym zawsze pojawia się pytanie: po co? Mam nadzieję, że Stariani i Masłowska wiedzą, bo odbiorcy nie zawsze.


Poniżej dwaj mieszkańcy Pragi, Mario Dekiel i Zyziu Blaszka, którym każdy film urywa się zawsze po trzecim winie marki „Arizona".

 



Podziel się
oceń
2
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Karany (nie)wybrany

wtorek, 12 maja 2009 10:14

 

To już koniec ery Leppera. Nie będzie triumfalnego powrotu na fali niezadowolenia społecznego, nie będzie blokad mównicy i ogłaszania, że „Wersal się skończył". Sejm uchwalił przepisy zabraniające kandydowania do parlamentu osobom karanym. Lepper jeżeli przetrwa, to już tylko jako stary dowcip w kabarecie. A i tu miejsce nie jest pewne. Na scenie sprawdzają się żarty tylko z aktualnie rządzących i polityków na topie. Takiej Danuty Hojarskiej już dawno nie ma w polityce, ale za to przetrwała w programie Szymona Majewskiego i to pewnie tylko dlatego, że swego czasu wytoczyła proces komikowi, który z uśmiechem uparcie dalej z niej drwi, dając do zrozumienia, że nie warto ciągać satyryków po sądach.


Wywalenie osób karanych poza parlament to jedna z wielu obietnic przed wyborczych. Obiecano nam jeszcze (Platforma) zmniejszenie liczebności parlamentu, co najmniej o jedną trzecią. Tu pewnie będzie bardzo trudno przejść od słów do czynów, bo głosowanie za własną egzekucją nie jest łatwe. Nowe przepisy poparli prawie wszyscy posłowie oprócz Janusza Palikota, który zwrócił uwagę, że do jednego worka wrzuca się przestępców kryminalnych i osoby, które mają wyroki o charakterze politycznym np. za „obrazę głowy państwa".


Wątpliwości, co do nowych przepisów mają też liczni konstytucjonaliści. Demokracja polega przecież na tym, że głosować możemy na każdego i każdy może być wybranym. Jeżeli grupie obywateli podoba się jakiś kieszonkowiec, włamywacz, czy dusiciel to ta grupa obywateli ma prawo wybrać go na posła. W demokracji, mówią znawcy tematu, teoretycznie powinno być możliwe, że nawet seryjny morderca może być wybrany na prezydenta. Nie jest to zresztą tylko teoria, gdyż w historii zdarzały się takie przypadki. Gdyby właśnie przegłosowane przepisy obowiązywały przed laty to Józef Piłsudski nie mógłby być naczelnikiem państwa. Podległa mu bojowa organizacja PPS to była przecież grupa terrorystyczna. Napadano nie tylko na carskie posterunki, ale także na banki. Wielu wysokiej rangi twórców przedwojennego państwa polskiego, którzy walczyli o niepodległość miało za sobą kryminalne wyroki.


Inny przykład to Stalin. Na czele wielkiego państwa zwanego Związkiem Sowieckim stał człowiek o mocno kryminalnej przeszłości. W świetnej książce Simona Sebaga Montefiore opisującej młode lata Stalina wyczytać możemy wiele ciekawych, niezwykle krwawych historii. Młody Stalin otaczał się grupą zwykłych gangsterów, którzy pod przykrywką walki z systemem siali terror i napadali na banki. Nożownicy, psychopaci, rewolwerowcy to koledzy i podwładni „Soselo" (tak mówiono na młodego Stalina). Przeszłość kryminalna nie przeszkodziła Stalinowi w uprawianiu wielkiej polityki. Co, więcej ten sprytny opryszek potrafił wykiwać tak eleganckich i wykształconych panów jak Roosevelt i Churchill.


Tradycja kryminalna jest w Rosji do dziś kontynuowana. Wielu parlamentarzystów, wysokiej rangi urzędników czy nawet gubernatorów prowincji to byli i aktualni gangsterzy. W Ameryce czasów Ala Capone całe chmary polityków powiązanych było z gangsterami. Takie powiązania to szczególnie włoska specjalność. Na południu kraju większość lokalnych urzędników to ludzie na pensjach Camorry i innych mafijnych ugrupowań. Wieloletni premier Włoch, który rządził w latach 80-tych, socjalista Benito Craxi był członkiem Coza Nostry.


Z jednej strony to dobrze, że zwykły oprych nie może być od teraz członkiem polskiego parlamentu, ale z drugiej strony sejm straci z pewnością na kolorycie. Czekają nas sami nudni i porządni. Wybierać będziemy poczciwców, lalusiów i gładko uczesane fajtłapy życiowe. Przydałby się dla urozmaicenia choć jeden kieszonkowiec, który w trakcie obrad podprowadziłby zegarek marszałkowi Komorowskiemu.


Na zdjęciu poniżej były burmistrz Chicago, włamywacz Eddie Francis Golonka specjalizujący się we włamaniach do słoików z kiszoną kapustą i jogurtów truskawkowych, zwany przez kumpli z gangu Ala Capone „Eddi Szybki Włam".





Podziel się
oceń
2
2

komentarze (21) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 093  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer