Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 546 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Obłęd nasz codzienny

piątek, 27 kwietnia 2012 12:21

 

Dawno, dawno temu było takie powiedzenie „nic tylko się upić!”. Chodziło mniej więcej o to, że gdy jakaś sytuacja doprowadziła nas do wściekłości pomieszanej z rozpaczą, to jedynym ratunkiem na ten przykry stan, była szybko wchłonięta porcja alkoholu i to w solidnej dawce. Poeci doprawiali do tego jeszcze taką filozofię, że tylko pijany potrafi powiedzieć coś na trzeźwo lub, że tylko po pijaku można zrozumieć ten dziwny świat.


Teraz to już nieaktualne. Nawet, gdy człowiek ochoczo walnie sobie przez otwór gębowy (zwany przez dentystów jamą ustną) przyjazną butelczynę, to dalej jest w tym samym miejscu. Dawniej po alkoholu ludzie odlatywali w kosmos. Dziś kosmos mamy pod ręką, za darmo i to na trzeźwo.  Ten kosmos sami sobie fundujemy.


Prosty przykład, to ten norweski blondynek Andreas Breivik. Facet jest większym kosmitą od Terminatora mimo, że wygląda na zagubionego podczas szkolnych koloni maminsynka. Na wyspie Utoya zastrzelił z zimną krwią 67 młodych osób, a wcześniej podłożył bombę w dzielnicy rządowej w Oslo. Wybuch bomby spowodował osiem ofiar śmiertelnych. Ten psychopata, który swoją zbrodnię usprawiedliwia nacjonalistycznym bełkotem, ma dzięki mediom reklamę lepszą niż płyny do mycia kibli. Jego proces powinien toczyć się głęboko w piwnicy i bez mediów, a nie przed kamerami. Pokazywanie nam wszystkim takiego kosmity i dopuszczanie do obiegu jego chorych idei, tylko sprowokuje kolejnego szaleńca. Bez mediów taki morderca jest nikim. Kończy życie zapomniany. 

 

Przy okazji masakr  i zbrodni, słyszymy często mowy adwokatów, o tym, że  taki potwór miał trudne dzieciństwo, bo matka zapominała nakładać mu pampersa do szkoły, ojciec bił go cyrklem po głowie, a dziewczyny w szkole nie chciały z nim tańczyć, bo jechało mu z paszczy jak z gumiaka starego rolnika. Taka drętwa gadka ma w intencji adwokatów, usprawiedliwiać popełnione przez sprawcę okropności.     

 

Norweski fanatyk jest wyjątkowy, tylko ze względu na skalę swego czynu. On sam jest banalny niczym piard puszczony po starych pierogach. Dawno nie mieliśmy w Europie wojny, a pokój wielu wydaje się nudny. Nie od dziś wiadomo, że w telewizji najlepiej sprzedaje się zbrodnia. W pogoni za krwią na ekranie pewien kolumbijski dziennikarz, prowadzący w telewizji program o światku kryminalnym, sam dokonywał zabójstw, po czym „odkrywał” je, filmował i pokazywał w programie, nim przyjechała policja. Wpadł ponieważ powtórzył swój scenariusz kilka razy i policja nabrała podejrzeń.

 

Nie lepiej jest u nas. Żaden dziennikarz nie strzela jeszcze do ludzi, a potem nie opisuje tego na pierwszej stronie w rubryce „Tylko u nas!!!”, ale jesteśmy już całkiem blisko. Kilka lat temu trafił się psychol, który zabił swojego konkurenta w interesach, a potem opisał zbrodnie w książce. Jednemu z policjantów rzecz nie wydała się fikcją literacką, a szczegóły za bardzo pasowały do znanej mu, niewyjaśnionej zbrodni. Autor książki okazał się autorem zbrodni. Siedzi.

 

Z marnej chęci większego nakładu, brukowe gazety zbudowały karierę matki Madzi z Sosnowca. Dawniej taka kosmitka, która przyczyniła się do śmierci własnego dziecka, oszukała opinię publiczną i policję, że niby dziecko zostało porwane,  siedziała by w więzieniu i jej twarz znaliby, co najwyżej pracownicy wymiaru sprawiedliwości. Dziś jej blade lico zna każdy w Polsce. Szmatławce codziennie informują o jej sytuacji. Znamy nowe fryzury, kreacje, wiemy co sobie kupiła i dokąd poszła, a jakaś chora na mamonę redaktorka napisała o tej babie książkę.

 

Media napędzają karuzelę zbrodni pisząc o nich. Jakiś czas temu wylansowano u nas „gwałciciela”, który tak na prawdę nie istniał. Media jednak tak dużo pisały o tajemniczym gwałcicielu, że zagubione, samotne kobiety, w których życiu nic ciekawego się nie działo, zaczęły masowo zgłaszać się jako „ofiary”. Policja szybko wykryła fałsz, ale prawdziwa histeria trwała kilka tygodni. Powinno się w trosce o życie psychiczne społeczeństwa ,wprowadzić zakaz lansowania w mediach osób zamieszanych w czyny przestępcze. Niech te potwory znane są tylko tym, którzy nakładają im kajdanki.   

 

 


Podziel się
oceń
0
12

komentarze (13) | dodaj komentarz

Kleszcze i co jeszcze?

wtorek, 17 kwietnia 2012 9:21

 

Brytyjskie brukowce chcąc zniechęcić (lub mocno przestraszyć) kibiców Polską, drukują przed mistrzostwami Euro 2012, artykuły pełne fantastycznych bzdur. Ostatnio nieudane prawnuki Sherlocka Holmesa „odkryły” po długim śledztwie, dwa mocno niekorzystne zjawiska, które mogą przeszkodzić ich drużynie odnieść zwycięstwo.

 

Piłkarze Albionu jako miasto kwaterę wybrali sobie Kraków. W Krakowie nie ma żadnego meczu w ramach rozgrywek Euro, ale widocznie jest wiele innych atrakcji. Od lat jest to ulubione miejsce wielu Brytyjczyków, którzy przylatują tu na tanie piwo, fajne knajpy i ładne dziewczyny. Brukowi detektywi z The Daily Star wysmażyli artykuł o tym, że w Krakowie sen dzielnym piłkarzom może  zakłócić… hejnał mariacki, a w mieście czyha na nich śmiertelne niebezpieczeństwo w postaci…kleszczy. Skoro najbardziej mroczne i groźne zjawiska w królewskim Krakowie to facet z trąbką i robaczki, które trafiają się, ale na pewno nie na miejskich ulicach, tylko głęboko w lesie, to jest to najlepsza  rekomendacja o jakiej słyszałem.

 

Jeśli w tym duchu o Polsce napiszą też inne brukowe gazety w Europie, to pewnie już niedługo możemy spodziewać się, serii artykułów o tym, że w Gdańsku grasują olbrzymie wypasione koty ludojady, we Wrocławiu wszystkie mosty grożą zawaleniem, a w nurcie Odry pływają niebezpieczne i mięsożerne piranie. W Poznaniu na kibiców i piłkarzy czekają tuczące i radioaktywne rogale św. Marcina, po zjedzeniu, których zanotowano tajemniczą serię zgonów, a w Warszawie jest największa w Europie grupa osób psychicznie chorych, które biegają po ulicy nago i podają się za Adolfa Hitlera.            

 

Swoją drogą, jeśli ktoś straszy hejnałem i kleszczami, to oznaczać może (oprócz braku elementarnej wiedzy i kompletnego braku rozeznania), także dotkliwy brak weny twórczej i fantazji. Ja w tym dostrzegam też ukrytą sympatię dla Polaków. Mogli przecież napisać, że co druga polska kobieta jest nosicielką HIV, barmani, kelnerzy i taksówkarze oszukują i nie wydają reszty, krowy mają skrzydła, a większość facetów jakich można spotkać w Polsce, to agresywni alkoholicy, którzy chodzą z nożami w zębach i czatują na zagranicznych turystów, tylko po to by pokazać im swoje zatęchłe i nieoświetlone piwnice na końcu miasta.

 

W niemieckiej prasie były już artykuły psujące wizerunek Polski, ale tam skupiano się na groźnych kibicach, którzy uwielbiają zadymy i bijatyki. W tym kontekście obecne artykuły z brytyjskiej prasy o „szkodliwym” hejnale i kleszczach, należy potraktować jako informacje z krainy dowcipu.  Nasze szczęście polega chyba na tym, że żurnaliści z Europy nie zauważyli jeszcze tych naprawdę poważnych minusów naszej krainy jak: beznadziejny transport między miastami (brak sensownych i wygodnych połączeń), brak dróg, (a jeśli są to o fatalnej nawierzchni), niski poziom usług turystycznych (np. słaba znajomość angielskiego wśród osób pracujących w usługach czyli taksówkarzy, kasjerek, sklepowych),  brak doświadczenia przy organizacji wielkich imprez sportowych i możliwy w związku z tym chaos organizacyjny (np. słaba informacja, ogólny burdel), a poza tym przysłowiowa polska czupurność, która w postaci strajków i protestów ulicznych z pewnością wyleje się w czasie mistrzostw na ulice, bo każda partia, grupa społeczna, czy związek zawodowy będzie chciał ugrać coś w tych dniach dla siebie.

 

To tylko niektóre realne, a nie wymyślone  „bomby” jakie mogą wybuchnąć podczas święta europejskiej piłki. Opowieści mętnej treści o hejnałach, kleszczach, polskim Yeti, czy możliwych wielorybach w studzienkach kanalizacyjnych, to po prostu wierszówki dziennikarzy, którzy podobnie jak Jarosław Kaczyński czy Nergal od lat żyją ze straszenia swoich odbiorców.   

 

Na fotce poniżej: dwaj niebezpieczni Polacy, którzy dawno temu upili Hendrixa.    

 



Podziel się
oceń
14
7

komentarze (113) | dodaj komentarz

Menda

czwartek, 12 kwietnia 2012 13:55

 

Człowiek o wyłupiastych oczach, lider zespołu Apteka Jędrzej Kodymowski, w jednym z portali internetowych raczył wypowiedzieć się ostatnio na mój temat. Kodym nazywał mnie kretynem podobnym do świni, a mojego kolegę Pawła „Końja” Konnaka kretynem i kutwą. Mało kto wie, że Kodym w latach 90. pracował w sklepie mięsnym w Gdyni. Rzucanie mięsem (nie tylko po ladzie sklepowej) weszło mu najwyraźniej w krew.

 

Udzieliłem kilkuset wywiadów i nigdy nie wypowiadałem się na temat Kodyma. Gitarzysta Apteki stosuje znaną w świecie mediów brukowych zasadę, że najłatwiej zwrócić na siebie uwagę obrażając innych. Od lat w wywiadach tryska niezdrowym jadem nazywając wszystkich wokół pedałami lub szmatami. Zwykle dzieje się to wówczas, gdy Kodym ma coś do sprzedania. Obecnie musi zareklamować swój nowy produkt muzyczny i szum wokół jego osoby jest mu jak najbardziej na rękę.

 

Tym razem wylew żółci pana Aptekarza ma jednak też i głębsze korzenie. W zeszłym roku ukazała się książka „Artyści wariaci, anarchiści – opowieść o gdańskiej alternatywie”. Jest to barwna historia niezależnych formacji artystycznych i politycznych gdańskiego undergroundu w czasach PRL. Oprócz mnie współautorami tej książki byli Paweł Konnak i Jarek Janiszewski. Książka miała świetne recenzje w Newsweeku, Przekroju, Polityce, Wyborczej, Teraz Rocku i wielu innych pismach.

 

Kodymowi książka się nie spodobała, ale nie ze względu na treść, tylko ze względu na autorów. Wszyscy trzej autorzy byli w latach 80. czynnie zaangażowani w różne działania niezależne. Janiszewski działał na scenie muzycznej, Końjo był animatorem Totartu, a ja udzielałem się w ruchach anarchistycznych. Nasze aktywności tego okresu łatwo można sprawdzić w archiwach SB zgromadzonych w IPN-ie. To, że po 1989 roku wyszliśmy z podziemia i (o zgrozo) mieliśmy programy w telewizji, wysokie nakłady płyt i komercyjne przeboje, nie ma żadnego znaczenia dla treści książki, gdyż kończy się ona właśnie na przełomowym 1989 roku.

 

Tymczasem Kodym w stanie wojennym grał na gitarze i nieźle się bawił. Dziś uważa to pewnie za ciężką walkę. Kodym najzwyczajniej pozazdrościł nam pomysłu na książkę i stąd jego frustracja, wyrażana w mięsnych inwektywach. Apteka w czasach cenzury i czołgów Jaruzelskiego była zespołem psychodelicznym, bardzo odległym od treści politycznych. Teraz, gdy za to nic nie grozi, Kodym stroi się w piórka politycznego radykała. Jedyna walka Kodyma z komuną polegała na tym, że testował na sobie wszelkie możliwe używki. Mózg mu się od prochów już tak sprasował, że pewnie należałoby temu zagubionemu liliputowi wybaczyć.

 

Zaiste dziwnym jest fakt że ten pozbawiony wykształcenia mentalny gitowiec, krypto nazista, pogromca gejów jest przez niektórych ciągle postrzegany jako „autorytet”. Pewnie nie znają oni naiwnej fascynacji Kodyma światem przestępczym. Przez lata, lider Apteki przechwalał się swoimi koneksjami w gangsterskim ogródku, a nawet twierdził, że domniemany boss trójmiejskiej mafii Nikoś, miał zagrać jako aktor w jego teledysku. Ktoś, dla kogo bandyta jest obiektem fascynacji, może być autorytetem tylko dla półgłówków i żuli. Dawno temu Kodym nagrał płytę pod tytułem „Menda”. Dziś już wiem, że tytuł tej płyty miał charakter mocno autobiograficzny.

 

Fotografia poniżej: książka, której autorzy są według Kodyma kretynami, świniami i kutwami.

 



Podziel się
oceń
15
3

komentarze (33) | dodaj komentarz

czwartek, 22 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 713 598  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer