Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 607 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wyspa

czwartek, 29 kwietnia 2010 16:51

Wyspa była piękna jak na zdjęciach, które widzieli wcześniej w Internecie. Tropikalna roślinność, wielka, piaszczysta plaża, drzewa kokosowe i słońce. Po prostu raj. Promienie słoneczne na moment oślepiły prezydencką parę. Egzotyczny, kolorowy ptak zatrzepotał skrzydłami i wydobył z gardła radosny dźwięk przelatując im tuż nad głową. Odebrali to jako sympatyczne powitanie i ruszyli plażą za przewodnikiem, który dawał im pośpieszne znaki. 


Wylądowali tu przed chwilą, ale już wiedzieli, że był to dobry wybór. Ona początkowo nie chciała się zgodzić, ale ostatecznie uległa. Plan, który im zaproponowano był trochę szalony. Jak na jej przyzwyczajenia zbyt śmiały, ale trzeba przyznać, że także niezwykle kuszący. Ostateczna decyzja choć mocno kontrowersyjna była podjęta wspólnie z Jarkiem. I teraz idąc za przystojnym przewodnikiem, którego gołe stopy mocno wbijały się w plażowy piasek zostawiając głębokie ślady jak po oponach traktora, ona wiedziała już, że podjęli słuszną decyzję. Złego klimatu, tych ciągłych ataków, żartów, pomówień którymi ich raczono nie mogli już wytrzymać i należało coś z tym zrobić.   


Przewodnik torował drogę wśród trzciny wprawnie posługując się maczetą. Teren nie był tak dziki jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Na plaży widzieli porzucony sprzęt do nurkowania, a w lesie puste puszki po piwie i coli. - Czy my tu nie zanudzimy się na śmierć - spytała Ona. - Ależ kochanie! Nie będziemy tu sami! - odparł On. - Zaraz sama się przekonasz...


Przewodnik poinformował, że to już blisko. Czekała ich jeszcze mała wspinaczka pod górę. Po kilu minutach marszu byli na szczycie czyli małym, zielonym pagórku z którego roztaczał się wspaniały widok na zatoczkę. Przystanęli aby nabrać oddechu. Ciepły wiaterek otulił im twarze. Przewodnik poczęstował ich rumem z bukłaka. - Jest pięknie - powiedziała mrużąc oczy. W ocienionym miejscu przy polanie stało kilka  bambusowych domków. Kręcili  się wokół nich jacyś ludzie.  -Jesteśmy na miejscu - wskazał ręką przewodnik i ruszył w kierunku bambusowych domków.


Objęli się i wolno poszli za nim.  Ludzie z bambusowych domków otoczyli ich przyjaznym kręgiem. Ktoś podał im paterę z owocami, ktoś inny założył na szyję naszyjniki z kwiatów. On zdjął marynarkę i próbował włączyć komórkę. - Tu nie działa nawet telefon satelitarny - powiedział facet ubrany w dziwny strój z cekinami. Jego twarz wydawała się znajoma. - Tak to ja. Elvis Presley - powiedział śmiejąc się i drapiąc po charakterystycznych bokobrodach. - Nowi zawsze się dziwią na mój widok. Jest nas tu więcej.


Powoli rozpoznawali towarzystwo stojące wokół nich. On przywitał się z prezydentem Johnem Kennedym, a ona z Bobem Marleyem i Jimi Hendrixem. Jakaś okularnica, chyba Janis Joplin pocałowała ją w policzek. Zauważyli też Michaela Jacksona jak tańczy na plaży i Johna Lennona z Kurtem Cobainem jak grają na gitarach przy ognisku.


- Zauważyliśmy, że jako martwi artyści, legendy muzyki sprzedajemy więcej płyt niż jako żywi wykonawcy.  Wszyscy mieliśmy już dosyć użerania się z prasą i fanami. A wy czemu przybyliście na nasza wyspę?

- Mój brat w Polsce musi wygrać wybory - padła odpowiedź. 



Podziel się
oceń
4
3

komentarze (83) | dodaj komentarz

Tydzień bez pryszczy

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 8:39


Tydzień żałoby narodowej niestety tylko na moment uspokoił wzajemną nienawiść. Histeryczne rzucanie się do gardła wystartowało w prasie już w dwa dni po tragedii, a teraz to już na dobre wróciło do normy. Telewizje (może nawet w dobrej wierze) rozpętały niepotrzebnie nadzieję, że teraz będzie inaczej, że dramat pod Smoleńskiem nas cudownie odmieni i wszyscy będziemy się kochać jak bracia i siostry, jak niewinna Zosia i pan Tadeusz w znanej epopei narodowej.


Naiwne marzenia, że polskie waśnie i spory znikną były niepotrzebnie podsycane. Na tym m.in. polega demokracja, że ludzie mają różne poglądy, koncepcje i pomysły. Sztuczny Front Jedności Narodu z czasów PRL-u już nie powróci. Może nie zawsze swoich poglądów potrafimy bronić elegancko. Zwykle jedni wyzywają swych oponentów od ciemniaków, a drudzy od zdrajców i tak to się w tym polskim młynku kręci. Też chciałbym aby kręciło się ale, bez tej zapiekłości i bez opluwania. To jednak nie dowcipy i żarty zabiły prezydenta Kaczyńskiego. Zabił go prezydencki samolot, który we mgle rozbił się w lesie. Oskarżanie osób, które krytykowały czy nawet szydziły z Lecha Kaczyńskiego o moralną odpowiedzialność za tę śmierć jest okropnym nadużyciem.


Powinnością satyry jest patrzeć politykom na ręce i wyśmiewać się w władzy. Każda osoba działająca w sferze publicznej musi liczyć się z tym, że wszystko co robi będzie oceniane. Czasem bardzo surowo i bez taryfy ulgowej. Kpin i żartów z władzy nie ma tylko w krajach totalitarnych np. na Kubie czy w Korei Północnej. A te kraje to nie jest chyba wymarzony model nawet dla największych obrońców powagi majestatu.   


Kogoś tak plastycznego i wdzięcznego dla prześmiewców jak zmarły tragicznie prezydent będzie nam bardzo brakować. Lech Kaczyński mógł nam dostarczyć  jeszcze wiele okazji do żartów (np. podczas kampanii wyborczej, która bez jego udziału nie będzie już tak barwna i ciekawa), ale niestety. Nie poznamy już jego kolejnych zabawnych przejęzyczeń, wpadek, decyzji. Bo to właśnie te zabawne wpadki nadawały mu ludzki wymiar i bliskość. Nie był dla nas tylko instytucjonalną głową państwa. Był czymś o wiele więcej. Był świetnym tematem, a dobry temat to dla satyry drogocenny skarb. Taki Bronisław Komorowski to przy nim temat tak mały i mdły, że robienie sobie z niego żartów mało kogo podnieca.  Czy ktoś słyszał dobry dowcip o marszałku Komorowskim?


Dowcipy polityczne powstają tylko o jednostkach charakterystycznych, osobach, które mają wpływ na nasze życie i są obdarzone charyzmą. Nikt nie wymyśli dowcipu o miernocie, która jest bez znaczenia. Skoro były dowcipy o Napoleonie i Churchillu, o Kościuszce i Piłsudskim, o Stalinie i Breżniewie, o Wałęsie i Papieżu to czemu dziwić się, że były też o Lechu Kaczyńskim?


Wiele osób narzekało, że podczas tygodnia żałoby telewizja oszalała. Że bezmyślnie odcięto nas od informacji, ze świata (w żadnej polskiej telewizji nie podano na czas informacji o trzęsieniu ziemi w Chinach podczas którego zginęło dwa tysiące osób), że pogłębiano atmosferę klęski narodowej, co z punktu widzenia kondycji społecznej jest samobójstwem, że rozpięto nad nami płaczliwy sztandar dramatu i końca świata - zamiast udzielić porad jak sobie z takimi problemami sensownie radzić.


Wszystko to prawda, ale pewna korzyść w tym tygodniu zadumy była istotna. Przez tydzień zniknęły z mediów (w tym z Internetu) tematy brukowe. Jak przyjemnie było odpocząć od operacji plastycznej cycków popularnej aktorki, romansów jakiegoś pajaca z telewizji czy pryszczy znanej wokalistki. Przez tydzień odpoczywaliśmy od tych uszminkowanych, podrasowanych, kapuścianych tematów dla debili. Świat wartości wyższych przyćmił na moment świat plastiku i tandety. To właśnie było piękne w tej żałobie, a nie zasmucona prezenterka pogody ze szklanego okienka.


U dołu namalowany z odruchu serca, w dzień po tragedii adekwatny mural. Autorem jest mój przyjaciel Darek Paczkowski z Bielsko Białej.


            


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Aram z Jedynki

środa, 14 kwietnia 2010 12:30


W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęło wiele wybitnych postaci. Jedną z nich był poseł PO Arkadiusz Rybicki.


Aram - takim kryptonimem nazwała go ubecja inwigilująca go w czasach PRL-u, gdy był działaczem opozycyjnego Ruchu Młodej Polski. Ale tak też mówili do niego przyjaciele i ludzie dla których był kimś bliskim. Aram podobnie jak ja był uczniem gdańskiej Jedynki liceum z którego okien widać bramę Stoczni. Ja chodziłem do Jedynki dziesięć lat później. Jedynka to była taka szkoła pod murami,  której działa się Wielka Historia. W grudniu 1970 roku w Jedynce milicja przebierała się za żołnierzy, by w ten sposób zdobyć zaufanie i oszukać robotników.  W sierpniu 1980 ludzie modlili się pod bramą Stoczni tuż przy naszej szkole. W stanie wojennym aby dojść do szkoły na lekcje przechodziło się przez kontrole, co najmniej kilku patroli ZOMO.  „Jedynka" była więc siłą rzeczy i miejsca kolebką dla wielu buntowników. Tu korytarzami szkolnymi biegało wiele późniejszych opozycyjnych legend, artystów, dziwaków, poetów, podróżników i prekursorów. 


Na początku lat 70 tych chodziła do tej szkoły grupa, która później założyła opozycyjny Ruch zwany „Młodą Polską". Aram obok Aleksandra Halla (też absolwenta Jedynki) był jednym z głównych strategów i działaczy tego aktywnego w Gdańsku środowiska. Jako nastolatek słuchał rocka spod znaku Jimmiego Hendrixa i nosił się jak hipis. Jego przyjaciel Maciej Grzywaczewski wspomina, że Aram sam szył sobie dżinsy z dzwonami, bo w sklepach takich cudów nie było. Wanda Szafran nasza nauczycielka polskiego znalazła prace maturalną młodego Rybickiego. Po jego śmierci uczniowie Jedynki czytali ją na uroczystym apelu.  Informacja o tej spontanicznej akcji uczniów i zasłużonej polonistki bardzo mnie wzruszyła. 


Aram to był człowiek o nienagannych manierach. Jak na konserwatystę przystało ubierał się zawsze elegancko, co bardzo odróżniało go od innych opozycjonistów z czasów Polski Ludowej. Całe to towarzystwo to były brody, powyciągane swetry, papierochy i ostry język. Aram ani nigdy nie przeklinał, ani nie podnosił głosu. To było rzadkie.  U niego ta elegancja była naturalna.


Bliżej poznałem się z nim pracując w latach 90-tych w Agencji Filmowej ProFilm. To było niesamowite jak ten nienagannie ubrany konserwatysta znosił takich artystycznych ekscentryków jak ja czy Paweł Końjo Konnak. Miał do nas cierpliwość i wiele wyrozumiałości. W ProFilmie realizowaliśmy dla telewizji nieco zwariowany program Lalamido. Aram był naszym parasolem i często chronił nas przed zdjęciem z anteny. Rybicki trafił do Agencji ProFilm po tym jak na skutek konfliktu z Mieczysławem Wachowskim przestał pracować w kancelarii prezydenta Wałęsy. Polityczny dystans pozwalał mu bardziej rozumieć artystów.  


Aram prezentował się zawsze jak urzędnik korony brytyjskiej. Mimo swej całej wytworności miał poczucie humoru. Pamiętam, że podczas pewnej imprezy karnawałowej przebrał się za ormowca. Narzekał, że koledzy, którzy zostali ministrami czy premierami oszczędzają się podczas gry w piłkę. A gra w piłkę to w środowisku gdańskich liberałów i konserwatystów zakorzeniony obyczaj.  


Arkadiusz Rybicki miał wspaniały życiorys. W sierpniu 1980 roku aktywnie wspomagał strajkujących robotników Stoczni (to on wraz z Maciejem Grzywaczewskim wpadł na pomysł wypisania wszystkich 21 postulatów na słynnych tablicach, które przez cały okres sierpniowego strajku wkomponowały się ikonicznie w krajobraz stoczniowej bramy nr 2). W stanie wojennym był internowany, a następnie udzielał się w podziemnej Solidarności, był w czasach PRL-u wielokrotnie zatrzymywany przez SB. W wolnej Polsce pracował w kancelarii prezydenta Wałęsy, był wice ministrem kultury w rządzie AWS, dyrektorem Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku, a ostatnio posłem Platformy Obywatelskiej i członkiem komisji kultury. 


7 kwietnia na trzy dni przed tragedią w sali konferencyjnej Domu Poselskiego odbył się zorganizowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej specjalny pokaz filmu „Beats of Freedom - zew wolności". Jest to przejmujący dokument opowiadający o muzyce rockowej  w czasach PRL-u, o tym, że muzyka ta miała swój udział w budowaniu wolnego świata poza systemem komunistycznym. Człowiekiem dawnego podziemia  „Solidarności", który wypowiada się w tym filmie o polskim rocku jest Arkadiusz Rybicki. Mówi o tym, że siłę i przekaz polskiego rocka odkrył gdy był internowany i siedział w kilkunastoosobowej celi. Gdy reżyser filmu Leszek Gnoiński szukał kogoś z dawnej opozycji, kto mógłby coś sensownego opowiedzieć o muzyce rockowej z epoki generała Jaruzelskiego wskazałem właśnie na Arama.  W pokazie „sejmowym" wzięło udział wielu posłów i senatorów, a także twórcy i niektórzy uczestnicy filmu. Był Marek Niedźwiecki z radiowej Trójki, , Kazik Staszewski z Kultu, Robert Matera z Dezertera, byłem na tym pokazie także ja. Wówczas rozmawiałem z Aramem ostatni raz. Jak to zwykle bywa obaj śpieszyliśmy się w jakieś ważne miejsca, które teraz są bez znaczenia. Nikt z nas nie przypuszczał, że może to być spotkanie ostatnie.   


Na fotografii poniżej: spotkanie 7 kwietnia po pokazie filmu „Beats of Freedom". Od lewej siedzą Arkadiusz Rybicki, Agnieszka Odorowicz (dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej) Marek Niedźwiecki i Kazik Staszewski. Fot: Marcin Kułakowski/PISF.

 



Podziel się
oceń
4
0

komentarze (43) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 223  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer