Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 607 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Karta prawdę ci powie

środa, 30 kwietnia 2008 20:46

Karta prawdę ci powie


Cwane wróżki przekonywały nas od zawsze, że „karta prawdę powie". Cyganki w Kazimierzu Dolnym na rynku czy w Krakowie na Kazimierzu mają błyszczące oczy i lepiej od razu machnąć ręką. Co do kart to jedni dają się nabrać, inni są sceptyczni. Powierzanie swego losu talii kart wydaje się wielu bardziej rozsądne niż wróżenie z fusów czy z pokręconych linii na dłoni. Karta zwykle mówi prawdę tylko wówczas, gdy była silniejsza i frajer grający z nami w pokera musiał wstać od stolika lżejszy o ciążącą mu w kieszeni monetę.


W przyrodzie rozróżniamy wiele rodzajów kart. Są tacy jak np. Maria Curie Skłodowska, co zapisali ładne karty w historii (i to nie tylko chemii i fizyki), ale nie brakuje takich jak np. Andrzej Lepper, co sami są już dawno zgraną kartą (i to nie tylko w świecie gnojówki i kompostu). Karty podobnie jak ludzie na festiwalach tatuażu są na ogół znaczone. Jak wykazały najnowsze śledztwa najwięcej znaczonych kart było w polskiej piłce nożnej. W świetle tego, co ujawniono wiemy, że dwadzieścia dziewięć klubów z pierwszej i drugiej ligi kupowało i sprzedawało mecze. Podobno tylko chłop, który przed meczem kosił trawę nie był przekupiony. Wszyscy powinni dostać czerwoną kartkę, ale nie dostaną, bo grać w polskiej lidze musiałyby baby, które czyszczą kible na stadionie. Są tacy, co twierdzą, że byłoby to ciekawsze.


Ważne karty z punktu widzenia politycznego to karty do głosowania. Karta taka, w dużej ilości wrzucona do urny może odciąć od posady największego nawet pyszałka. W dawnych czasach PRL-u były kartki na mięso, cukier i buty. Najśmieszniejsze były kartki na buty. Władza ludowa przewidziała, że obywatel potrzebuje dwóch par rocznie. Jedna para butów na zimę, druga na lato. Same kartki były, ale z butami gorzej. Pamiętam jak w latach 80-tych pewnej zimy uzbrojony w kartki obszedłem wszystkie sklepy w mieście w poszukiwaniu zimowego obuwia. Pech chciał, że w każdym sklepie natrafiałem tylko na ortopedyczne chodaki zwane drewniakami - obuwie przeznaczone dla obywateli z platfusem i plażowe klapki. System kartkowy na szczęście zniknął wraz z komuną, ale kartki nadal maja zastosowanie w gospodarce.  


Ostatnio głośno nad Wisłą o służbowych kartach płatniczych. Jeśli pełnisz odpowiednio ważną funkcję w firmie przysługuje ci służbowa karta na wydatki. Okazuje się, że kartami takimi zbyt swobodnie posługiwali się członkowie byłego rządu Jarosława Kaczyńskiego. Kartą płaci się miło, bo człowiek nie widzi jak mu banknoty z portfela znikają. Jeszcze milej płaci się służbowa kartą, bo płaci się nie ze swoich pieniędzy. Oficjalnie karty takie przysługują wysokim urzędnikom państwowym, którzy powinni z nich korzystać tylko wówczas, gdy wydatki wynikają z pełnionych przez nich obowiązków służbowych. Ludzie ekipy Kaczyńskiego doszli do władzy pod sztandarem walki z korupcją i złodziejstwem. Miało być uczciwie, skromnie i z troską o obywatela. Opublikowane wydruki z kart płatniczych byłych członków rządu świadczą, że ani uczciwie, a ni skromnie, a co do troski to była to, co najwyżej troska o własny tyłek.


Ekipa rządowa Prawa i Sprawiedliwości płaciła kartami służbowymi, za pobyty w kawiarniach, za kosmetyki, drogie perfumy, alkohole, prezenty świąteczne. Wróżki miały rację. Karta prawdę ci powie o ekipie rządowej. Afera żadna, bo sumy niewielkie, ale wstyd jak Himalaje. Czy pana ministra jednego z drugim nie było stać, żeby za żel do mycia włosów zapłacić z własnej kieszeni? Dlaczego za kupno wódy dla członka rządu ma płacić podatnik? Dlaczego emeryt ma się dokładać do prezentów świątecznych ministra? Wszystkich tych drobnych naciągaczy przebił były minister rybołówstwa Marek Gróbarczyk, który jak doniosła jedna z gazet kupił w hipermarkecie płacąc służbową kartą pół kilo dorsza za 8 zł i 16. W rozliczeniu napisał, że zakupu dokonał „celem kontroli gatunku ryb i ich świeżości oraz przedstawienia odpowiednim władzom wyników testu". Głupi czy o drogę pyta? Że też naród musiał stawiać zagrychę takim cwaniaczkom!


Teraz ma być inaczej. Rząd Tuska przygotował nowe rozporządzenia i korzystanie z kart służbowych ma być ściśle kontrolowane. Pokusa płacenia służbowymi zawsze jest wielka i to bez względu na barwy partyjne. Wydatki  byłych prominentów PiS-u po raz kolejny dowodzą, że natura człowieka jest grzeszna i kryształowych postaci możemy szukać co najwyżej w bajkach. Dobrze, więc że wydatki ministrów mają być jawne, ale co zrobić w sytuacji, gdy ministrowi zabraknie gotówki i zapłaci służbową kartą za podpaski dla żony? No cóż...niech kartę schowa do kieszeni, a potem niech dzwoni po wodociągi.


Na zdjęciu poniżej nieuczciwy urzędnik Hieronim Śliskocz z kancelarii ministra ds. handlu używaną odzieżą, który służbową kartą regulował rachunki m.in. za wietnamską maść na odciski dla swojej osobistej sekretarki.     

 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Tandeta felietonu

piątek, 25 kwietnia 2008 13:09

Tandeta felietonu


„Jak nie wiesz, o czym pisać, pisz o pogodzie" takie ironiczne rady dawał swego czasu swym młodszym kolegom król felietonu Stefan Kisielewski. Mierzi mnie ostatnio, że wszędzie trafiam na podobne do siebie teksty. Mam wrażenie, że ich autorzy najzwyczajniej nie mają pomysłu, o czym pisać i z braku iskry bożej w zwojach mózgowych obsługują taśmowo dyżurne tematy. Niektóre z tych tekstów są lepiej napisane, inne gorzej, ale kilka omawianych historii powtarza się w nieskończoność i wałkowanych jest do bólu niczym ciasto na pierogi, czy romans w brazylijskim serialu. 


Jeśli zabieramy głos w znanej i omawianej tysiące razy sprawie to tylko wówczas, jeśli mamy coś oryginalnego do zakomunikowania. Prawdziwie czujny obserwator życia i przyrody powinien być wyczulony na to, aby się w swoich tekstach nie powtarzać. Podstawową zasadą umiejętności obserwacji jest umiejętność nie płynięcia z prądem. Każdy felietonista wie, że z prądem rzeki płyną tylko śmieci. Prawdziwą sztuką jest odkrywanie nowych tematów, pól i przestrzeni do dyskusji.


No tak... ale trudno być odkrywcą co kilka dni. To jest w sposób oczywisty niemożliwe. Należy, więc wyszukiwać takie tematy, które z pozoru wydają się błahe i nieistotne, ale my swym tekstem potrafimy uczynić z nich sprawę ważną, a nawet fundamentalną. Jeśli mamy wielkie ciśnienie na omówienie czegoś, o czym napisano już tyle, że po pierwszych wstukanych w klawiaturę słowach gniją monitory komputerów, to przynajmniej starajmy się znaleźć interesujący szczegół, na który nikt nie zwrócił uwagi. Nawet oklepany temat można omówić interesująco wyszukując w nim poletko spraw, które olali pozostali piszący.   


Tymczasem w wielu blogach i felietonach woda leje się szerokim, bezbarwnym strumieniem jak podczas słynnej powodzi w kotlinie Kłodzkiej. Jak więc rozpoznać tandetnego felietonistę, który idzie na łatwiznę, leni się umysłowo i po raz setny omawia rzeczy dawno opisane? Polska rzeczywistość ostatnio dostarczyła nam kilku dyżurnych „chłopców do bicia". Felietonista, który bez polotu używa sobie na zjechanych do granic możliwości tematach to albo niedoświadczony debiutant, któremu tak jest najłatwiej, albo tchórz, który rzuca się na słabego, (bo silnego boi się uderzyć), albo wreszcie wypalony rutyniarz, który nie ma pomysłu, o czym pisać. Niezbyt wysilającego się umysłowo  komentatora poznasz więc po tym, że boksuje się tylko z tymi, którzy już leżą plackiem na ringu.


Oto moja prywatna lista kilku ulubionych tematów omawianych przez mięczaków felietonowych:

 
Programy telewizyjne ze szczególnym uwzględnieniem produkcji telewizji publicznej. Każdy uważa, że się zna na telewizji i każdy ma coś na ten temat do powiedzenia. Zwykle jest to mało ciekawe i jałowe narzekanie na poziom rozrywki i brak wysokiej kultury. Klasyka łatwizny felietonowej!

 

Stan polskich dróg i brak autostrad. Temat jak najbardziej ważny i istotny tyle, że omawiany i wyśmiewany tysiące razy. Tylko naprawdę wielcy potrafią w tym temacie coś ciekawego naskrobać. Klasyka nudy felietonowej!     

 
Nasz fatalny poziom przygotowania do mistrzostw Euro 2012. Jeszcze do niedawna budzący emocje nowy „chłopiec do bicia". Dziś to już tandeta tematyczna. Klasyka bicia piany!  

 
U dołu fotografia Klemensa Piórko mało oryginalnego felietonisty „Głosu Pszczelarza", który napisał 1500 felietonów o gotowaniu ziemniaków, a w necie prowadzi blog „Zwariowana nastolatka". 






Podziel się
oceń
0
3

komentarze (11) | dodaj komentarz

Czy zawartość ma wartość?

piątek, 18 kwietnia 2008 10:41

Czy zawartość ma wartość?


Z wartością to nie jest taka prosta sprawa jakby mogło się wydawać. Dwa kilogramy złota w sztabce trzymane w schowku bankowym to rzecz niezwykle cenna, ale na bezludnej wyspie może być to, co najwyżej ładna półka w szałasie na banany. Ani tego złota nie zjemy, ani nikomu go nie sprzedamy. W ekstremalnych warunkach proste przedmioty takie jak nóż, toporek, łopata czy maczeta mogą się okazać bardziej wartościowe niż naszyjnik z diamentów, tysiąc dolarów w portfelu czy szwajcarski zegarek.

 
To, co dla jednych jest cenne dla innych może wydać się bezwartościowe. Gazety pełne są informacji o napadach, podczas których dochodzi do zbrodni, a łupem napastników pada np. pięć złotych i trzydzieści groszy. Napad na konwój z milionami nie dziwi, ale napad na stertę śmieci zawsze jest wydarzeniem. Jakiś czas temu głośny był wypadek, młodego Roma polskiego pochodzenia, który na dworcu  w Brukseli zasztyletował jakiegoś ucznia kradnąc mu odtwarzacz MP3. Belgijska prasa dziwiła się jak można zabić kogoś za rzecz, która kosztuje 50 EURO. Kilka lat temu na Litwie zabito polskiego aktora Kubę Zakulkiewicza z Gdańska, który spacerował uliczkami Wilna po spektaklu Teatru Wybrzeże. Aktor zginął bo miał ładną kurtkę, która spodobała się grupce młodych ludzi.  

 
Wartość rzeczy jest płynna. Zwykle nowe rzeczy są droższe od starych, czego dowodem popularność lumpeksów. Jednak stare majtki, w których chodziła Madonna mogą być o wiele droższe od tych, które leżą na sklepowej półce. Przekonał się o tym pewien właściciel klubu w Wielkiej Brytanii, który wszedł w posiadanie majtek Madonny, gdy ta u niego w klubie kręciła swój teledysk. Przez wiele lat majtki wisiały dumnie w gablocie klubu jako dowód obecności gwiazdy w lokalu. Z biegiem lat, z biegiem dni majty podupadły na zdrowiu i zaczęły odbierać apetyt gościom. Właściciel zdecydował się je sprzedać na aukcji internetowej i ku swojemu zdziwieniu na starych gaciach zarobił kilka tysięcy funtów.

 
Przez lata po zapadłych wioskach krążyło pełno cwaniaków, którzy skupowali od rolników żelazka z duszą, lampy naftowe czy stare zegary. Wsiowi ludzie nieświadomi wartości tych przedmiotów oddawali je za grosze lub za nowoczesne lampy i elektroniczne zegary. Coś, co im się wydawało bezwartościowe miało o wiele większą wartość niż nowoczesny szmelc z Korei czy Hong Kongu.

 
Sprawa się komplikuje, gdy mamy do czynienia ze sztuką. Dla jednych skandalizujące instalacje Doroty Nieznalskiej (słynny penis na krzyżu) to wartościowe dzieła sztuki, dla innych jałowe epatowanie symbolami umieszczanymi w obrazoburczych kontekstach. Artysta jest w dzisiejszych czasach towarem, który podobnie jak ziemniaki, odkurzacze czy garnki podlega relacji kupno-sprzedaż. Jeśli są ludzie, którzy dają spore pieniądze za bohomazy jakiegoś artysty to taką wartość przedstawia ten artysta na rynku sztuki. Namalowany w 1915 roku słynny „Czarny kwadrat na białym tle" Kazimierza Malewicza twórcy suprematyzmu jest obrazem do którego odwołuje się cała europejska awangarda, tymczasem po dziś dzień, dla wielu jest on niezrozumiały, a przez to bezwartościowy. 


W dobie świata opanowanego przez popkulturę i płytkiego postrzegania rzeczywistości oraz ogłupiającej mody na lansowanie gwiazd jesteśmy świadkami procesu wypierania wartości artystycznych przez coś co można nazwać wartością plotkarską. Sztuka stała się lampką oświetlającą wejście do burdelu. Media już dawno przestały postrzegać twórców przez pryzmat wartości artystycznych, a oceniają ich wedle wartości plotkarskiej, bo ta tylko dziś się liczy i zwiększa poczytność pism i oglądalność programów. Co, więcej! Śmiem twierdzić, że żyjemy w czasach gdy wysokie wartości artystyczne wciskane w niektórych kanałach telewizji przyczyniają się do radykalnego spadku oglądalności tych programów.    


Na potrzeby tego tekstu zróbmy mały przykład takiego wartościowania. Doda - wartość artystyczna zero, wartość plotkarska sto punktów. Julia Hartwig - wartość artystyczna sto punktów, wartość plotkarska zero. Kogo interesuje, w co ubrała się na wieczór poetycki Julia Hartwig? Nikogo. Wielu interesuje jej poezja. Kogo interesuje przesłanie artystyczne Dody. Nikogo, bo takiego przesłania nie ma, za to wszystkich interesuje, w co Doda ubrała się idąc kupić kilo pasztetu do Biedronki.

 
U dołu otyły wokalista grupy disco Męczące Mikrofony z Supraśla  - wzorcowy przykład artysty, który jest bezwartościowy kompleksowo (wartość artystyczna zero, wartość plotkarska zero).  


 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 219  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer