Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 607 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kloss znowu walczy!

poniedziałek, 26 marca 2012 9:22

 

Agent J-23 znów nadaje i opowiada bajki, ale przecież my to tak bardzo lubimy! „Stawka większa niż śmierć” czyli fabularny powrót Hansa Kossa w reżyserii Patryka Vegi według scenariusza Władysława Pasikowskiego, to kino jak na polskie warunki robione z rozmachem. Przygody polskiego agenta w niemieckim mundurze frekwencyjnie biją w kinach konkurencję na głowę, mimo że krytyka ocenia film bez entuzjazmu i raczej średnio.


Zdania są podzielone, ale wszyscy przecież wiemy, że to tylko kino rozrywkowe. Mnie osobiście film się podobał. Najlepiej gra stary duet aktorski czyli Emil Karewicz jako Hermann Brunner i Stanisław Mikulski jako Hans Kloss. Tomasz Kot w roli młodego Klossa wypada wiarygodnie. Gorzej z Piotrem Adamczykiem w roli Brunnera. Niestety pamiętny papież, Chopin i gej z Lejdis tym razem wyraźnie nie poradził sobie z kultową postacią. Jeśli jest nasz dzielny Janek, to muszą być też piękne kobiety. Paniom jednak trudno jest przebić urodą i talentem aktorki, które grały w słynnej serialowej „Stawce”.  Dobrze wypada się za to Wojciech Mecwaldowski jako zimny oficer SS Ringle odpowiedzialny za wywiezienie cennego transportu z oblężonej twierdzy.


Fabuła filmu osnuta jest wokół wielkiej zagadki II wojny światowej, czyli kradzieży i ukrycia legendarnej bursztynowej komnaty, wartej w tamtych czasach, co najmniej 50 mln dolarów, a dziś pewnie kilka razy tyle. W nowej „Stawce” raz przenosimy się do oblężonego Koenigsbergu, innym razem jesteśmy w Hiszpanii generała Franco,  jeszcze innym wracamy do Warszawy lat 70. W filmie pojawia się polski kontrwywiad, enerdowska Stasi, Armia Czerwona i gestapo.  Film ma tempo, a Brunner jak zwykle sypie cynicznymi dowcipami. Jedyna scena, która jest mocno kiczowata, to ta, która w zamyśle twórców miała być pewnie najmocniejsza. Tomasz Kot jako młody Kloss rozwala z armatki połowę załogi obrony niemieckiej twierdzy. Wali do Niemiaszków jak do bezbronnych kaczek. Mnie te sceny przypominają nieudaną parodię „Terminatora” ze Schwarzeneggerem.        

    

Kloss wrócił, ale obawiam się, że trochę za późno. Już dawno temu chodziły pogłoski o jego powrocie. Władysław Pasikowski obwieścił powrót Klossa na konferencji prasowej w 2000 roku czyli dwanaście lat temu! Autorzy słynnej serialowej wersji czyli Andrzej Szypulski i Zbigniew Safjan mieli swoją wersje nowego scenariusza. Pracowali też nad nowym serialem o przygodach  Klossa. Zanim udało im się znaleźć producenta i pomysł zrealizować obaj zdążyli umrzeć. Kilka lat temu w Polsacie pojawiła się parodia filmów wojennych „Halo Hans” w której scenarzyści wzorowali się na „Stawce większej niż życie” i słynnym angielskim serialu Allo Allo. Jednak fani Klossa nie na taki film czekali. Teraz Kloss, po wielu perturbacjach,  zmianach i przeróbkach scenariusza wrócił na poważnie, ale czas oczekiwania był tak długi, że trudno o jakieś fajerwerki radości. Gdyby film powstał dziesięć lat temu, to z pewnością frekwencja w kinach byłaby wielomilionowa.


Fanów Klossa nie brakuje, o czym mogłem się sam przekonać prowadząc mistrzostwa wiedzy o serialu, na które zjechali z całej Polski prawdziwi fanatycy i maniacy „Stawki”. Pytania były tak szczegółowe i drobiazgowe, że odpadali nawet ci, którzy znali serial niemal na pamięć. Klossomaniacy tworzą w Polsce rodzaj specyficznej subkultury filmowej. Dość powiedzieć, że w finale konkursu, po pokonaniu licznych konkurentów, stanęli w walce o tytuł mistrza wiedzy o serialu: pewien prokurator i pracownik BOR-u.! Skoro poważni urzędnicy państwowi są fanami agenta J-23, to my skromni obywatele nie mamy się czego obawiać. Nie zniszczy nas ani Putin i jego KGB, ani Al. Kaida.  


Poniżej na fotce: ja i Stanisław Mikulski podczas konkurs wiedzy o „Stawce większej niż życie” w Muzeum Hansa Klossa w Katowicach w 2009 roku.

 



Podziel się
oceń
17
3

komentarze (30) | dodaj komentarz

Bankier puszcza farbę

poniedziałek, 19 marca 2012 8:59

 

Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, a nabitym w butelkę podać korkociąg jak mówi stare przysłowie eskimoskich restauratorów. Nabitych w butelkę jest coraz więcej i ich liczba będzie się raczej zwiększać. Ci nabici, to klienci banków, którzy dają się nabrać na słodkie reklamy brania kredytów lub dają sobie wciskać przeróżne produkty finansowe, zwykle mało korzystne dla klienta, a przynoszące zysk bankom.

 

Korkociąg do walki z nabiciem w butelkę, postanowił wręczyć nam wszystkim Greg Smith ujawniając kulisy pracy w jednym z największych banków świata - Goldman Sachs. Ten były dyrektor wykonawczy banku, w ostatnim dniu swojej pracy opublikował demaskatorski artykuł w „New York Times” wydobywając na światło dzienne nieuczciwe praktyki stosowane w obsłudze klientów.  Jedną z tych praktyk było wciskanie klientom akcji, których bank chciał się pozbyć, bo wiadomo, że nie przyniosą zysków. Jak się dowiadujemy z artykułu Smitha, ogólnie w bankowości obowiązuje zasada zdzierania z klienta jak największej kasy przy każdej okazji. Klientów do oskubania z pieniędzy pracownicy banku nazywali między sobą „muppetami”. Cudownie! Teraz znamy już brutalną prawdę i to od człowieka z  samej góry elity bankowej. Muppety to kukiełki, a banki to siła pociągająca za sznurki.

 

Ha! Czy nam to czegoś nie przypomina? Czy ta wiedza jest dla nas rzeczywiście jakąś nowością? Przecież banki, to nie są instytucje charytatywne i wiadomo, że na swych usługach chcą zarobić jak najwięcej. W polskich bankach używa się jeszcze bardziej dosadnych określeń, niż te amerykańskie porównania do sympatycznych kukiełek. O klientach mówi się i myśli jako o kurczakach do oskubania, lub krowach do wydojenia. Banki są jak wampiry. Potrafią w białych rękawiczkach wyssać z nas ostatnia kroplę. Jeśli ktoś jest na tyle głupi, aby uwierzyć w te wylewające się z telewizyjnych ekranów reklamy dotyczące korzystnych akcji, obligacji czy kredytów, to niech sam potem cierpi.

 

Niby racja, ale to w głównej mierze chciwość baków spowodowała obecny kryzys ekonomiczny, kiedy to nie mając na swoim kontynencie wojny i wielkich kataklizmów, gospodarka nam się sypie jak po zrobieniu dziury w torebce ryżu. Banki wsparte przez państwo przeszły przez burzę kryzysowa suchą nogą i to już jest wysoce nie fair, bo wychodzi na to, że bolesna ruina finansowa, czeka tylko klientów, a same instytucje bankowe będą miały się jak turysta na Hawajach z kokosem w ręku czyli dobrze.

 

Dobrze nie jest, bo podobno już dwa miliony Polaków ma problemy ze spłacaniem kredytów. Pocieszeniem może być fakt, że dziesięć milionów Polaków ma nadciśnienie, czyli są dziedziny w jeszcze bardziej katastrofalnym stanie niż nasza ekonomia. Być może w tych dziesięciu milionach z nadciśnieniem są te dwa miliony, które nie mogą spłacić kredytu. Gdy pojawiają się problemy finansowe ciśnienie wzrasta. Z tych dwóch milionów połowa czyli milion to na pewno bankowe „muppety”.

 

Dawno temu, za PRL-u trafiłem przejazdem do pewnej austriackiej wioski. Jak to na wsi w górach, były tam krowy, stodoły, z dziesięć chałup, hotel, knajpa i… trzy banki. Dwadzieścia kilka lat temu w dużym mieście w Polsce były może ze dwa banki, a tu na wiosce aż trzy! Teraz po latach mamy to samo. W każdej dziurze znajdziesz bank, bo frajerzy do nabicia w butelkę są wszędzie. Po wynurzeniach gogusia z Goldman Sachs nie dziwi fakt, że wszyscy lubimy oglądać filmy sensacyjne o napadach na banki. Ja zawsze trzymam kciuki, żeby tym chłopakom w kominiarkach się udało.   

 

Na zdjęciu poniżej: detektyw Hugo Holmes III, wnuk Sherlocka Holmesa prowadzący dochodzenie w sprawie zniknięcia zdrowego rozsądku ze skarbca bankowego.  

 



Podziel się
oceń
22
6

komentarze (49) | dodaj komentarz

Nowe metafory

wtorek, 13 marca 2012 14:24

 

Naukowcy twierdzą, że Polska potrzebuje nowych technologii, bo wszystko jest u nas przestarzałe. Opozycja polityczna głosi, że potrzebujemy nowych rządów, bo obecny rząd jest zgubą dla kraju. Ekonomiści są zdania, że niezbędny jest nowy, przejrzysty system podatkowy, który usprawni gospodarkę.  Generałowie mamroczą, że przydałby się polskiej armii nowy sprzęt, bo ten który zalega w magazynach nadaje się do muzeum techniki. I tak dalej…wszyscy chcą nowych zabawek.

 

W tym zbiorowym lamencie o „nowe” brakuje mi postulatów z dziedziny języka ojczystego. Ja bym zaapelował o nowe metafory, bo te którymi się posługujemy są już tak wyświechtane jak stare gacie zawodnika rodeo.  Wybitni publicyści i poeci, którzy swym piórem próbowali opisać stan Polski jako takiej, jej kondycję psychiczną, moralną, duchową, a także system gospodarczy i polityczny lubowali (i lubują się do dziś) w porównywaniu Polski do zepsutej maszyny.

 

Król felietonistów Stefan Kisielewski już w 1956 roku napisał, że Polska przed październikowym przełomem to był zepsuty samochód, a po Październiku, kiedy to rozpoczęła się odnowa społeczno polityczna i rozprawa ze stalinizmem, to jest nadal ten sam zepsuty samochód, w którym naprawiono klakson. Te metafory motoryzacyjne Kisiela przywoływano także wiele lat później w czasie trwania „karnawału” Solidarności (1980-81).

 

W 1983 roku Jacek Kaczmarski napisał przejmującą pieśń „W czerwonym autobusie”. Do tego autobusu wsadził całą Polskę, a także nasze lęki, obsesje, historyczne obawy, uprzedzenia i paranoje. Inspiracją do tego utworu był słynny obraz Bronisława Linkego „Autobus” w którym pasażerowie jadą zaślepieni niczym w chocholim tańcu z „Wesela” Wyspiańskiego. Malarstwo Linkego inspirowało także zespoły rockowe. W 1994 roku Big Cyc na płycie „Wojna plemników” umieścił numer „Jazda” w którym Polska ponownie była zapakowana w rozklekotany autobus i jechała na zatracenie. 

 

Mamy więc Polskę jako zepsute auto Kisiela, jako autobus Linkego i Kaczmarskiego, a po katastrofie smoleńskiej w kwietniu 2010, profesor Krasnodębski w słynnym tekście  opublikowanym w „Rzeczpospolitej” porównał Polskę do Tupolewa błądzącego we mgle. W tekście „Polska jak Tupolew”  autor wylewał mocne żale i oskarżał władze o bałagan, brak przestrzegania procedur, nieprzygotowanie wizyty prezydenta.

 

Jak łatwo się domyślić po katastrofie kolejowej pod Szczekocinami kolejni publicyści (np. Rafał Ziemkiewicz) zaczęli Polskę porównywać do jadącego na ślepo pociągu, który zasuwa nie po swoim torze.  Kolejowych metafor zawsze było wiele. W wierszach polskich poetów Polska to często pijany pociąg pędzący do nikąd, lub zagubiony skład, który wjechał na boczny tor.

 

To oczywiste, że wielkie katastrofy inspirują poetów i publicystów do porównań.  Nawet tak odległa w czasie katastrofa jak zatonięcie Titanica także trafiła do naszych samobiczujących się tekstów. W setkach grafomańskich wierszy i piosenek tonęliśmy jak Titanic.

Polska jako zepsuty samochód, rozpadający się autobus, samolot błądzący we mgle, pociąg z nieaktualnym rozkładem jazdy, tonący okręt. Cóż trafi się nam w publicystyce jeszcze? Może Polska jako rozbity TIR leżący kołami do góry w rowie lub dziurawy beczkowóz?  Albo Polska jako zepsute warszawskie metro. Niestety metro póki co działa. Drodzy autorzy! Te wasze metafory nawiązujące do różnych środków lokomocji są już do cna zużyte. Potrzebujemy nowych metafor jak powietrza! Nie chcemy już Polski jako zepsutej maszyny!!!

 

Przedwojenni autorzy bywali ostrzejsi. Stefan Żeromski w „Dziejach grzechu” porównał Polskę do sprzedajnej dziwki, a Kaden Bandrowski do śmietnika. Jest w czym wybierać.

 

PS. Na zdjęciu poniżej zastanawiam się, czy Polska nie jest gitarą, bo każdy u nas przeciąga strunę.

 



Podziel się
oceń
6
12

komentarze (5) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 210  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer