Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 235 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rzucanie mięsem

czwartek, 24 lutego 2011 13:22

 

Jakie jest najpiękniejsze polskie przekleństwo? W programie TVN Style zadano kilku osobom takie właśnie pytanie. Trudno odpowiedzieć nie przeklinając. Oczywiście najsłodszym i najbardziej popularnym jest słodkie słowo „kur…a”. Słowo to pełni wiele pożytecznych funkcji. Służy jako wzmocnienie, podkreślenie wagi, wykrzyknik, hasło ostrzegawcze, bywa określeniem czyjegoś  zawodu, także charakteru, osobowości, postawy życiowej, czasem jest przecinkiem.


Niestety jako przecinek występuje najczęściej w mowie potocznej i niezwykle szybko się zużywa.  Wypowiadając się w programie apelowałem aby oszczędzać w mowie ojczystej „kur..ę”,  chować ją na specjalne okazje i wyjątkowe sytuacje,  bo nam spowszednieje i nie będzie już taka mocna. Każde ostre słowo wypowiedziane sto razy traci na ostrości. Staje się czymś absolutnie powszechnym, a przez to nudnym i zwykłym. O wielkiej miłości Polaków do tego słowa świadczy fakt, że przy tej okazji stosujemy wiele łagodnych zamienników. Jest kurcze pieczone, kurtka na wacie, kur zapiał, kurka wodna i wiele innych zabawnych określeń zmiękczających naszą „kur…ę”.   


Apel o oszczędzanie w mowie ojczystej „kur…y” i chowanie jej na poważne sytuacje jest z góry skazany na niepowodzenie. Apelować sobie oczywiście można, ale jak wiemy nie uchroni to i tak wulgaryzacji języka na poziomie ulicy. Brzydkie słowa są jak brzydkie krajobrazy. Ciężko je usunąć z perspektywy, która nas otacza. Są też częścią naszego świata. Od lat mówi się o tym, że wulgaryzmy są po prostu częścią mowy, która w pewnych sytuacjach jest niezwykle przydatna. Dlaczego nasza tradycja językowa ułożyła się tak, że słowo „kur…a” jest wulgarne, a słowo „krzesło” nie? Tego nie wiedzą nawet najwięksi językoznawcy. Skoro jednak „kur…a” pojawia się we fraszkach  Kochanowskiego, wierszach Morsztyna czy wczesnych poematach Fredry to jest też częścią literatury polskiej i tyle.


Przeklinać można pięknie, a nawet wymyślnie i filozoficznie jak robią to szewcy w dramacie Witkacego. Taka „sturba jego suka dziamdzia malowana” to fraza malarska i poetycka zarazem. Trudno dziś o takie kwiatki. Dziś klniemy pospolicie i bez fantazji. Nawet artyści, których można by podejrzewać o wyobraźnie klną jak półanalfabeci, bez lekkości i polotu. Ich przekleństwa są jak ciężki oddech dorożkarza jak spocony waciak robotnika drogowego.   

       

Przekonaliśmy się o tym przy okazji wulgarnego komiksu o Chopinie autorstwa pupilka Gazety Wyborczej i makatki zrobionej za pieniądze ministra kultury przez jakąś idiotkę. Chopin w komiksie rzuca „chujami”, a zima w makatce artystki ma „wypier…lać”.  To są prowokacje artystyczne na poziomie napisu „dupa” na tablicy szkolnej w podstawówce.  


Rzucania mięsem pełno jest w przestrzeni publicznej. W tramwaju, autobusie na ulicy. Takich doznań artystycznych dostarczy nam każdy pijany menel i nie jest mu do tego potrzebne wsparcie instytucji publicznych.

 

Fot u dołu:

Przejście podziemne w Gdańsku. Lata 80-te. Sporo treści politycznych („sowieci do domu”). Fascynacja punkowym artystą Jallo Biafrą i dowcip o polskich robotnikach: spawacz, elektryk. Zadziwia brak wulgaryzmów. Dziś nie do pomyślenia.  

 



Podziel się
oceń
2
4

komentarze (17) | dodaj komentarz

Aukcji czar!

poniedziałek, 21 lutego 2011 8:27

 

Trwa sezon na bale karnawałowe. Dzięki nim fryzjerzy i sklepy z elegancką odzieżą notują niezłe obroty. Mimo kryzysu imprez karnawałowych jest całkiem sporo. Kto by tam się przejmował kryzysem! Od kiedy pamiętam zawsze był u nas jakiś kryzys. Żyjemy w czasach, w których koniunktura i wyż gospodarczy są tylko chwilowymi przerywnikami w ciągłym stanie kryzysowym.

 

Ważnym elementem każdego balu są aukcje charytatywne. Jest to stary zwyczaj, który pielęgnuje się od wielu lat. Wykorzystując obecność osób dobrze sytuowanych organizuje się różne zbiórki na cele charytatywne. Osoby zamożne jakby usprawiedliwiając się, ze swego bogactwa, lekko przymuszeni przez organizatorów biorą udział w takich aukcjach. Wyciągają z portfeli banknoty i kupują rzeczy zupełnie im niepotrzebne.  

 

Jako osoba znana z dynamicznej woltyżerki słownej jestem często proszony o pomoc przy okazji prowadzenia takich aukcji. Oczywiście aukcja na balu nie może równać się z prawdziwą aukcją, gdzie gromadzą się osoby zainteresowane kupnem dzieł sztuki, poważni kolekcjonerzy i milionerzy. Aukcja na balu to często po prostu zabawa, której efektem jest kilka tysięcy złotych zebranych na szczytny cel. Podczas tego typu imprez nie brakuje sytuacji komicznych.

 

Najciekawszą i najgłośniejszą aukcje prowadziłem wspólnie z Pawłem Konnakiem w latach 90-tych. Marek Biernacki były minister MSWiA, a wcześniej likwidator majątku PZPR, rozliczając komunistów z ich dóbr, które uległy przepadkowi na rzecz skarbu państwa, wszedł jako urzędnik państwowy w posiadanie poważnej kolekcji sztuki socrealistycznej, z którą nie wiadomo było co zrobić. Były to olejne portrety Lenina, gipsowe popiersia Marksa, obrazy Aurory i czerwone sztandary pierwszomajowe, a nawet telefon na korbkę pierwszego sekretarza. Padł  pomysł aby sprzedać te śmieci na aukcji podczas balu. I tak też się stało. Prowadząc zabawną konferansjerkę udało nam się uzyskać kilka tysięcy złotych za rzeczy, które powszechnie uważano za bezwartościowe.  Pamiętam, że najwyższą sumę uzyskaliśmy za olejny portret Lenina, który „grzebie sobie w majtkach”.  Był to po prostu Lenin trzymający ręce w kieszeniach.

 

Od tego czasu wspólnie z Konjem uchodziliśmy za osoby, które potrafią wylicytować prawie wszystko. Pamiętam aukcje podczas, których organizatorzy zgromadzili potężne ilości fantów i gdyby chcieć je wszystkie licytować to musiałoby to trwać kilka dni.  Pewnego razu prowadziłem w Warszawie aukcje na której serie obrazów olejnych kupował sam organizator. Pozostali byli zainteresowani jedynie pobliskim barkiem. Moim rekordem jest wylicytowanie podczas balu w hotelu International w stolicy sukni projektu Ewy Minge za czterdzieści tysięcy złotych!  Dobrym pomysłem jest startowanie od bardzo niskiej sumy. Bywa, że licytujący tak się rozpędzą, że ostateczny wynik jest wyjątkowo wysoki. Tymczasem zaporowa cena na wejściu licytacji często powoduje brak chętnych. Zdarzało mi się rozpocząć licytację od złotówki, a skończyć ją na dziesięciu tysiącach złotych!

 

Dobre aukcje to te, na których można wylicytować na prawdę ciekawe rzeczy. Najlepiej sprzedają się drobne rzeczy z autografami znanych osób. Książki gwiazd, koszulki sportowców,  złote pióra prezydentów. Nikt kto idzie na bal nie chce wracać z olbrzymim olejnym obrazem pod pachą. Artyści plastycy to często zmora aukcji charytatywnych. Często żądają niebotycznych sum za swoje dzieła i są przekonani, że wszyscy tylko marzą o kupnie ich obrazu. Tymczasem licytacja obrazów to często męka dla prowadzącego i niewielki zysk dla organizatora. Plastycy ustalają zwykle tzw. cenę minimum poniżej której nie wolno licytować dzieła.

 

Uwielbiam licytacje na wesoło. Ostatnio podczas imprezy w Teatrze S w Częstochowie udało mi się wylicytować gacie bokserskie Marcina Najmana w których bokser toczył pojedynek z Mariuszem Pudzianowskim. Aukcja trwała dłużej niż słynny pojedynek (jak pamiętamy Pudzian starł Najmana na proch w ciągu półtorej minuty). Marcin okazał się jednak osobą dowcipną i z dystansem do siebie. Gacie zwane „pudziankami”  wylicytowaliśmy wspólnie na sumę pięć tysięcy złotych (dochód z aukcji przekazano na pogotowie opiekuńcze w Częstochowie).  Pięć kafli za używane gacie to bardzo wysoka cena, ale zabawa jeszcze większa.        

 

Na zdjęciu poniżej: dobry patent na udana aukcję.  Przed aukcją warto lekko upić uczestników. Wówczas chętniej wyjmują pieniądze z kieszeni!   

 



Podziel się
oceń
2
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Narodowe nie śpiewanie

czwartek, 10 lutego 2011 15:02

 

Jeszcze dziesięć lat temu narzekano na brak dobrych wokalistów. Mówiło się o zamkniętym kręgu ciągle tych samych osób. Teraz śpiewa cała Polska, a wylęgarnią nowych talentów są konkursy telewizyjne. W tym sezonie nastąpi ich ponowny wysyp we wszystkich możliwych stacjach. Czekają nas pojedynki muzyczne, bitwy, rywalizacje i pewnie po tych programach kilka kolejnych nazwisk zabłyszczy na moment, albo i dłużej.

 

Dla wielu młodych ludzi strat w tych często kiczowatych programach, to jedyna szansa na zaistnienie. Jest bardzo wielu zdolnych ludzi, którzy śpiewają dobrze o ile nie rewelacyjnie. Niestety mają problem z przebiciem się i zrobieniem kariery. Ich wieczne startowanie w konkursach (kto pamięta debiuty z Opola czy wokalistkę która wygrała Idola?) i ciągły brak sukcesów, to nie żadna zmowa mafii show biznesu, czy plątanina układów, które nie pozwalają im się wybić, tylko najzwyczajniej brak osobowości. Brak powiedzenia czegoś od siebie. Brak charakteru i brak świadomości tego, co się chce robić i przekazać.

 

Dziś same umiejętności wokalne nie wystarczają. Nikt już nie chce kupować wykonawców, którzy są tylko kopią innych bardziej znanych. Po co nam polskie kopie Beyonce, Lady Ga Ga czy Christiny Aguliery skoro możemy posłuchać oryginałów. Po co nam pięciu nadwiślańskich Justinów Timberlake’ów czy Robbie Williamsów? Jednak to właśnie ci, którzy najlepiej podrabiają wielkie gwiazdy wygrywają w takich programach. Wyłuskanie prawdziwej perły nie jest łatwe, ale to powinno być zadaniem jurorów. Tymczasem ci - jak wiemy -skupieni są na robieniu szumu wokół siebie i popychaniu do przodu własnej kariery, a nie na mozolnym poszukiwaniu skarbów.

 

Ostatnim jurorem, który znał się na muzyce w telewizji to była Ela Zapendowska. A kogo mamy dzisiaj? Najsłynniejszy tercet z TVN- to Chylińska, Foremniak i Wojewódzki czyli wokalistka disco, aktorka serialowa i komediant, (a ostatnio raczej autor kronik towarzyskich). W tym gronie najbardziej kompetentna jest Chylińska, bo coś wie o śpiewaniu. Nowe programy, które nam szykują mają jury jeszcze bardziej zabawne. Gwiazdą takiego grona w jednym z telewizyjnych koszmarów jest Maja Sablewska czyli dawna pokojówka Edyty Górniak i kumpela Dody od zakupów! Tylko czekać gdy do jury muzycznego zaproszą krawcową Beaty Kozidrak, masażystę Kupichy i księgowego Violetty Villas. Takie potworki z pewnością będą gwarancja niezłego show.

 

Z tym śpiewaniem w programach nie jest jeszcze tak źle. Nic w tym oryginalnego i po tygodniu zapomina się nie tylko twarze, ale i głosy, ogólne wrażenie jest jednak takie, że naród śpiewa. Tymczasem naród śpiewa tylko jak jest pijany. Na trzeźwo nie ma szans, a jak jest pijany to fałszuje.

 

Karnawał w pełni. Imprezy, bale i balangi. Na kilku takich imprezach organizatorzy wymyślili sobie, że z okazji jubileuszu firmy pracownicy zaśpiewają „Sto lat”. Nie ma chyba łatwiejszej i bardziej popularnej pijackiej polskiej piosenki. Tymczasem zbiorowe śpiewanie wszędzie wypada fatalnie. Inna sprawa to przymuszanie do zbiorowego śpiewania „Sto lat”. Człowiek przymuszony zawsze śpiewać będzie źle i jeszcze gorzej.

 

Fama głosi, że jedyne trzy piosenki jakie wszyscy Polacy potrafią zaśpiewać to hymn narodowy, „Góralu czy ci nie żal” oraz „Hej! Sokoły”. Tak się dzieje pod warunkiem, że uczestnicy imprezy są już nawaleni. Na trzeźwo zawsze jest to dramat. Hymnu znamy tylko dwie zwrotki, „Sokoły” to nam się wyczerpują po pierwszej, a najgorzej jest z niby znanym „Góralem” (większość zna tylko refren).  

 

Uwielbiamy oglądać programy muzyczne, ale z naszym zbiorowym śpiewaniem jesteśmy mocno na bakier. Narody, które prawdziwie kochają śpiewać to Rosjanie, Anglicy i Włosi. W Anglii co piąta osoba potrafi grać na gitarze, u nas jest to chyba jedna osoba na sto. I to wiele wyjaśnia, o ile nie zagłusza w dziedzinie braku prawdziwych osobowości wokalnych nad Wisłą i w dziedzinie zbiorowego żywienia uszu dźwiękami.

 

Na fotce u dołu głuchy osobnik szukający odpowiedniego brzmienia.

 



Podziel się
oceń
2
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 057  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer