Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 206 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Polskie dziury

czwartek, 25 lutego 2010 14:10


Jest coś czego mamy pod dostatkiem! Dziury w drodze. Wielkie, solidne i zawsze łatwo na nie trafić. Dziury odziedziczyły po nas Polakach miłą cechę. Są bardzo gościnne. Zapraszają każde koło bez względu na markę i klasę wozu. Polska dziura ugości ekskluzywnego jaguara i rozklekotanego opla. Polska dziura przytuli bez rasistowskich uprzedzeń ruską ciężarówkę, niemieckiego króla szos, rumuński cud techniki, amerykański bolid i japoński beczkowóz.   Dziury w polskich drogach są jak przechowalnie bagażu. Można w nich zostawić koło, a bywa, że i pół samochodu. Jest się czym chwalić.


Polskie drogi mimo, że nawet dla najbardziej tolerancyjnego kierowcy są niejadalne i ciężkostrawne, zwykło się porównywać do produktów spożywczych. Mówi się o nich, że są pełne dziur jak ser szwajcarski, że asfalt którym są poryte jest tak kruchy jak krakersy i ogólnie, że użytkowanie tych dróg to jest „jedna, wielka droga przez mąkę". Może przy okazji kolejnego sezonu na dziury, który właśnie mamy warto pokusić się o zmianę tych wyświechtanych i zużytych do cna porównań. Jak po raz setny czytam w prasie o dziurach w drodze i porównaniu do sera szwajcarskiego to żal mi już nie tylko sera, ale także dziur, że są tak słabą inspiracją.


Najwyższy czas odświeżyć wysłużone opisy polskich dróg. Skoro samych dróg nie jesteśmy w stanie poprawić od lat, zmieńmy chociaż postrzeganie tego problemu.  Precz z metaforami spożywczymi w stylu Małgorzaty Foremniak! Ta ładna, ale niezbyt lotna aktorka będąc członkiem jury w programie „Mam talent" każdego wykonawcę porównywała do jakiejś potrawy. O pewnej osobie powiedziała, że jej styl śpiewania przypomina „jedzenie karczocha", o innej że jest jak „romantyczna potrawa" i dalej w tym beznadziejnym stylu. Może gwiazda serialu „Na dobre i na złe" chce otworzyć jakąś restaurację i dlatego podprogowo żongluje gastronomicznymi  metaforami?


Polskie dziury są wyjątkowe i towarzyszyć będą nam jeszcze przez lata. Nauczmy się żyć z nimi i opisywać w odmienny sposób. Dobrą metodą jest odwołanie się do dzieł sztuki, a szczególnie malarstwa. Można więc powiedzieć, że polskie drogi są jak rude włosy dziewczyn z obrazów mistrza renesansu Sandro Botticellego czyli długie, kręcone i ogólnie poniżej pasa. Można zaryzykować stwierdzenie, że dziury w polskich drogach są czymś, co się powtarza częściej niż puszki zupy na słynnym obrazie mistrza pop artu Andy Warhola lub że są bardziej kanciaste niż kobiety na „Pannach z Awinionu" Picassa.


Można spróbować filmowych porównań i powiedzieć, że są mroczne jak filmy Jima Jarmuscha, dołujące jak „Tańcząc w ciemnościach" Larsa von Triera, okropne jak nowa wersja Sherlocka Holmesa.  Dobrym tropem mogą być metafory muzyczne, bo przecież polskie drogi podobnie jak 50 Cent po strzelaninie też są dziurawe. O polskich dziurach można więc powiedzieć, że są monumentalne jak utwory Pendereckiego, ostre jak nagrania Behemota i zaskakujące jak metamorfozy zespołu Boys.


Dziury występują w przyrodzie nie tylko na drogach. Dziury to nasza narodowa specjalność. Mamy dziury w historii, dziury w pamięci, dziury w budżecie i dziury w kieszeniach. Tylko kosmiczne, czarne dziury dzielimy na szczęście z resztą świata. Dziury w dogach zwykło wypełniać się asfaltem, a powinno się czymś bardziej twardym na przykład posłanką Beatą Kempą.       


Na fotografii poniżej emerytowany rybak Jan Krewetka, ojciec ośmiorga dzieci, który miał zawsze dziurawe sieci.

 



Podziel się
oceń
10
2

komentarze (33) | dodaj komentarz

Historyczny TALK SHOW

czwartek, 18 lutego 2010 9:21


Rok 2010 to rok wielkich, okrągłych, historycznych rocznic. To rok tak wielkich rocznic, że większa może być już tylko Wielka Krokiew lub łapówka dla posła Chlebowskiego. O dwóch z nich będzie szczególnie głośno. 600-lecie bitwy pod Grunwaldem i 30- lecie powstania „Solidarności". Ta druga rocznica zdołała już tradycyjnie poróżnić wszystkie polityczne strony. Sześćset lat, które minęły od grunwaldzkiego zwycięstwa też jak się okazuje nie do końca budują odpowiedni dystans, a spory i różnice w postrzeganiu tego wydarzenia nie są wcale małe. Oto unikalny zapis ciekawej rozmowy w historycznym programie telewizji kablowej „Malbork TV" którego gościem był sam mistrz zakonu krzyżackiego Urlich von Jungingen...    


Urlich von Jungingen w Malbork TV...


Prowadzący: Witamy w naszym historycznym Talk Show „Zamki na piasku" gościa zagranicznego...


Mistrz: A jaki ja tam zagraniczny! Ich bin miejscowy czyli się z Marienburg, a po polsku z Malborka. A wcześniej rezydowałem na zamku w Człuchowie. Guten Tag niech trafi was szlag.


Prowadzący: No i wszystko stało się jasne. Naszym gościem jest wielki Mistrz zakonu krzyżackiego Urlich von Jungingen. Złość mistrzowi jeszcze nie przeszła. Sześćset lat minęło...


Mistrz: Tego zamaszystego ciosu mieczem w serce tak łatwo się nie zapomina. Od tego czasu Urlich kaputt podobnie jak Hitler.  Pamiętam tego podchorągiewnego chorągwi królewskiej niejakiego Mszczuja ze Skrzynnej, co mnie żelazem walnął mimo, że wołałem do niego „zwanzig euro".


Prowadzący: Wasz brat Konrad poprzedni mistrz zakonu ostrzegał podobno przed wami aby was na mistrza nie wybierać, boście zapalczywi jak Erika Steinbach, a ogień lubicie podkładać jak Rammstein.


Mistrz: Ver fluchte! Kto głupi to się okazało po latach! Doprowadził Jagiełło do upadku zakon krzyżacki i przez to do dzisiaj nie macie autostrad.


Prowadzący: Autostrad nie ma ale za to mówimy wciąż po polsku, a nie w języku kanclerz Angeli Merkel czy tego głupka Thomasa Gottschalka.


Mistrz: Oh.. mein Gott! Ty mi nic nie mów o polskim języku. Jak ja oglądam mecze w nasza bundes liga to tam co drugi mówi po polsku, a pozostali w narzeczach Afryki. A jak tam się miewa moja dacza czyli zamek w Malborku?


Prowadzący: Ma się doskonale! Przybywają tam turyści z całego świata żeby zobaczyć na własne oczy, że wielki mistrz nie miał jacuzzi.


Mistrz: I pewnie zarabiają na tym Polacy! Nein! Nein! Nein! To ja ich będę nocami straszył opowiadając szczegóły bitwy pod Grunwaldem!


Prowadzący: Dziś straszenie to zły interes, a poza tym jest spora konkurencja. Nikt tak dobrze nie straszy Niemcami jak niektórzy polscy politycy. To już lepiej niech Mistrz się zapisze do Związku Wypędzonych...


Mistrz: Ja się nigdzie nie zapisuję. Ja się już zapisałem na kartach historii. Wole straszyć! Upiór z Niemiec od zawsze potrzebny jest Polakom. No... kończę bo muszę sobie na komórkę nowe dzwonki do straszenia ściągnąć...Mam już upiorne nagrania  Behemota, a dzisiaj ściągam z archiwaliów Wodeckiego. Auf Wiedersehen!   


Na zdjęciu poniżej królewski błazen króla Władysława Jagiełły -  „Gniewko syn źrebaka" z Nowej Huty podczas nagrywania dzwonków dla Zygmunta Bardzo Starego. 

 

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Ach jak w naszej firmie fajnie!

wtorek, 09 lutego 2010 19:45


Piosenka pracowników Auchan w której wykorzystując melodie ze słynnego songu „We are the World" śpiewają, że są najlepsi, pokonają konkurencję i że od dziesięciu lat, tak im się cudnie w sklepie pracuje, stała się hitem Internetu. Propagandowa głupota tekstu i nieudolne naśladowanie gwiazd wykonujących pamiętny przebój powoduje niezamierzony komiczny efekt. Do piosenki nakręcono teledysk, który jest tak żałosny, że aż śmieszny. Widzimy w nim sklep, półki pełne towarów i uśmiechniętych pracowników, którzy z orgazmem na twarzy wykonują swoją pracę. Poziom zidiocenia jest tak duży, że hit ten może przebić produkcje niedoszłego prezydenta Kononowicza, czy słynny czeski song Ivana Mladka „Joźin z Baźin".


Filmik pochodzi z imprezy integracyjnej Auchan sprzed kilku lat i został wrzucony do netu przez dziennikarza Gazety Wyborczej. Sprawa zrobiła się na tyle głośna, że firma poczuła się w obowiązku przeprosić za wykorzystanie piosenki, która dla całego świata była hymnem na rzecz humanitarnej pomocy, a w wykonaniu pracowników Auchan stała się smutnym reklamowym gniotem. Sami pracownicy zabiegali aby piosenka została zdjęta z Internetu gdyż w krótkim czasie stali się pośmiewiskiem dla całej Polski. Nie pomogą tłumaczenia, że piosenka była przeznaczona na wewnętrzny użytek firmy i śpiewano ją na imprezie zamkniętej. Mleko się wylało, a głupota została obnażona,  ale ja bym nie dramatyzował.


Przez dwadzieścia lat swojej aktywności estradowej prowadziłem kilkaset imprez integracyjnych i widziałem niejedno. Organizatorzy tych imprez postępują zgodnie z wypracowanymi przez lata patentami na identyfikowanie się pracowników z firmą. Chodzi o to, żeby wzbudzić w podległej ekipie poczucie wspólnoty. Zespół zintegrowany lepiej i wydajniej pracuje. Pracownik czuje się bardziej komfortowo gdy ma świadomość, że ludzie z firmy nie są mu obcy, a wszyscy wokół to „jedna, wielka rodzina". Temu zabiegowi służą imprezy z okazji rocznic firmowych i inne wspólne wyjazdy i działania.


Na tego typu imprezach dochodzi często do zbyt dosłownej integracji alkoholowo erotycznej. W latach 90-tych na imprezie integracyjnej pewnego znanego banku słynny był przypadek publicznego uprawiania seksu przez jedną z par. Niestety zdjęcia z tej akcji ukazały się w Internecie i para wyleciała z pracy, a zrozpaczona kobieta popełniła samobójstwo. Należy zrozumieć, że ludzie po alkoholu znajdują się jakby w innej rzeczywistości i mają większą skłonność do robienia głupot.


Stałym elementem imprez firmowych są kretyńskie konkursy podczas których uczestnicy popisują się różnymi umiejętnościami. Zwykle jest to zbiorowe, pijackie karaoke, ale bywają też specjalnie przygotowane programy, piosenki, skecze kabaretowe. Często jest to parodia reklam czy własne wersje znanych hitów. Niektóre z tych prezentacji przebijają najgłupsze popisy świrów z „Idola", „Baru" czy „Big Brothera". Problem w tym, że dawniej wszystko pozostawało wewnątrz firmy, a najbardziej nawet głuptackie wyskoki wspominano po latach jako miłe, imprezowe wybryki. Teraz nie tylko znane panienki z seriali, ale także najbardziej szarzy i normalni ludzie mogą nagle stać się niechcianymi „gwiazdami" Internetu.


Imprezy firmowe mają w sobie wiele z ducha zabawy, ale są też komiczne same w sobie. Na pewnej imprezie hipermarketu usłyszałem jak DJ przekazuje przez mikrofon dedykacje w stylu „panie z nabiału pozdrawiają panów z działu mięsnego, a dział rybny prosi o Córkę Rybaka dla wszystkich ". Nie zawsze też da się zapanować nad rozbawioną załogą. W Łodzi na imprezie wewnętrznej Media Markt wezwano policję, bo na balu przebierańców pracownik przebrany za hrabiego Draculę za bardzo wczuł się w role i pogryzł kilku barmanów. W Katowicach podczas uroczej balangi pracowników pewnego salonu samochodowego mechanicy pobili się z działem sprzedaży.


Bawić się można na wiele sposobów, ale trzeba uważać na filmujących nas kolegów, bo całkowicie niechcący i ty możesz zostać pięciominutowym idiotą z Internetu.


Na fotce poniżej włoski mafiozo Lucca Bonetti z Palermo, który uważa, że w jego firmie jest jeszcze bardziej zabawnie niż w Auchan.       

 

 



Podziel się
oceń
9
1

komentarze (36) | dodaj komentarz

wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  6 891 030  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer