Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Czas bajek

wtorek, 26 lutego 2008 9:52

Czas bajek

 
Przeczytałem, że w Norwegii odkryto rysunki Hitlera. Odkrywca rysunków zarzeka się, że są one na sto procent autorstwa Adolfa. Po czym to poznać? No cóż...są to rysunki postaci bajkowych - królewny Śnieżki i Pinokia. Ta informacja wiele mówi, dlaczego Szwaby przegrały wojnę. Skoro polityką Niemiec i teatrem działań wojennych kierował fan Królewny Śnieżki to się musiało skończyć katastrofą. Zdaniem psychologów nie zawsze miłość do królewny Śnieżki kończy się szaleństwem i dewiacją, ale przeważnie. Dla Europy byłoby oczywiście o wiele lepiej gdyby Hitler został rysownikiem u Walta Disneya niż przywódcą III Rzeszy.

Hitlera już nie ma, a postaci bajkowe nadal są modne wśród polityków. Ostatnio poetykę bajkową bardzo polubili marketingowcy PiS-u. Wynikiem ich fascynacji bajką o Czerwonym Kapturku jest propagandowy filmik, w którym Tusk robi za złego wilka, społeczeństwo za sklerotyczną babcię, a Jarosław Kaczyński za dzielnego gajowego. Nad spłodzeniem tej nędznej reklamówki partyjnej musiał pracować ktoś, kogo dawno wywalili ze stajni Walta Disneya (może Hitler?).

W związku z pisowską bajką (każdy ją już chyba widział) mam kilka pytań. Dlaczego oszukane społeczeństwo symbolizuje w filmie chora i niedołężna babcia? Czy ma być to ukłon w kierunku moherowego elektoratu? Skoro tak to konstrukcja bajki jest nietrafiona, bo przecież Donald mamił obietnicami wyborczymi młodych, a nie podopieczne od Ojca Dyrektora. Te głosowały raczej za gajowym. Z drugiej strony być może tak właśnie kierownictwo PiS wyobraża sobie społeczeństwo - jako bezzębną, przygłupią, dającą się na wszystko nabrać staruchę. Jacek Kurski wspominał już coś o „ciemnym ludzie" i nie miał na myśli Jamesa Browna. Druga sprawa to jak z „samego dobra", „genialnego stratega" i „najlepszego premiera po 1989" można było zrobić gajowego? Zdegradować prezesa własnej partii do roli pracownika leśnego niższego szczebla to nic innego jak wroga robota.

Po pierwsze trzeba było wybrać inną bajkę (np. taką, w której prezes mógłby być mędrcem, królem lwem lub choćby sprytnym kotem), a po drugie ksywa „gajowy" zastrzeżona jest już dla kilku innych wybitnych postaci. Nosił ją wielki posiadacz prywatnych ostępów leśnych Paweł Piskorski były prezydent Warszawy i były prominentny polityk PO, usunięty z platformy za niejasne źródła dochodów. Innym znanym gajowym był gajowy Marucha ze znanego słuchowiska radiowego Jacka Janczarskiego. A poza tym (ktoś to twórcom filmu musi brutalnie uświadomić) w potocznym slangu miejskim często w stosunku do osób o orientacji homoseksualnej używa się określenia „gejowy". Sadzę, że nie o takie skojarzenia z prezesem Kaczyńskim autorom filmu chodziło. Jedno jest pewne po Teletubisiach mamy kolejną zadymę w dziecięcym pokoju.  

  


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Gotuję wiec jestem!

środa, 20 lutego 2008 14:55

Gotuję wiec jestem!


 Nie mam pojęcia o gotowaniu i jestem w tej dziedzinie tzw. ciężkim przypadkiem. Moje funkcje w kuchni ograniczają się do prostych prac pomocniczych typu krojenie i obieranie. Trudność sprawia mi przyrządzenie najprostszych potraw i nawet z jajecznicą miewam problemy. Jedyne, co potrafię zmajstrować to zupa w proszku, kanapka, czy gorący napój zwany herbatą, ale i na tym polu trudności trafiały mi się porażki.

Jestem, więc wybitnie kucharsko niepełnosprawny. Wiedząc o tym, nie palę się do gotowania, smażenia i często zapraszam własną rodzinę do restauracji. W zasadzie jedyne moje gotowania miały miejsce w telewizji. Kilka razy asystowałem gwiazdom kucharskim w ich programach i byłem tam kimś w rodzaju komentatora i smakosza (m.in. w programach Karola Okrasy i Bożeny Dykiel). Raz jedyny gotowałem już bardziej na serio i zakończyło się to widowiskową klęską. Pamiętna porażka miała miejsce w programie „Pytanie na śniadanie", gdzie pichciłem korzystając z przygotowanej ściągi. Prawdę mówiąc dla osoby takiej jak ja to nawet ściąga niewiele może pomóc. Tradycją programów tzw. „śniadaniowych" jest zwyczaj, że po zakończeniu programu, gdy kamery są już wyłączone ekipa telewizyjna ze smakiem testuje przygotowane przez gościa potrawy. Przygotowanymi przez mnie daniami w stylu Makabryczna Kuchnia Skiby nikt nie był zainteresowany, a żurkiem, którym usiłowałem częstować wzgardziła nawet wycieczka wygłodzonych sierot spod Białegostoku.

W dzisiejszych czasach szczerość taka jak powyżej jest niedopuszczalna. Panuje bowiem powszechne szaleństwo związane z gotowaniem. Niezwykle modne stało się wydawanie książek kucharskich. To, że gwiazdy programów kulinarnych wydają takie książki jest zrozumiałe. Ale dziś piszą o swoim gotowaniu także piosenkarki, aktorki seriali, modelki i sportowcy. Doszło do tego, że książki kucharskie wydają osobnicy którzy nie mają pojęcia o kuchni.  Zwykle osoby, które decydują się na wydanie takiej książki chcą na siłę o sobie medialnie przypomnieć. Zwykle też niestety nie mają nic ciekawego do powiedzenia i upychanie „ulubionego dania mojej mamy", „przepisów babuni" czy „receptury wujka Heńka" między swoje wynurzenia i wspomnienia jest najprostszym patentem na wydawniczy hit.

W tego typu publikacjach wiele starych przepisów jest lekko zmienianych i podawanych jako „swoje". Jeden ze znanych aktorów przyznał, że nigdy nie wymyślił żadnej potrawy, a w swej książce kulinarnej po prostu „udoskonalał" już istniejące. Nie znam nikogo, kto na serio korzystałby z przepisów publikowanych w wydawnictwach kulinarnych znanych osób. Tego typu książki ludzie kupują dla znanej z telewizji twarzy, a nie dla kurczaka w sosie z wiewiórki. Tylko czekać, kiedy na rynku wydawniczym ukażą się tak szokujące pozycje książkowe jak „Ulubione zupy Pawła Małaszyńskiego", „Kasia Cichopek w świecie sałatek", „Doda żuje i gotuje" czy „Tomasz Kammel w krainie majonezu".

Tak, więc być może i ja, mimo że nie mam pojęcia o gotowaniu wydam książkę pt. „Grzyby i ryby, czyli kuchnia Skiby". Tylko błagam! Nie kupujcie jej, bo zatruje wam organizm.

 



Podziel się
oceń
3
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Bunt

poniedziałek, 11 lutego 2008 11:43

Bunt


Wszystko zaczęło się od niepozornego incydentu, na który nikt początkowo nie zwrócił uwagi. Podczas bankietu z okazji podpisania kolejnego niekorzystnego dla firmy kontraktu prezes Lipniak odmówił zjedzenia podanego mu na złotej tacy kawioru.

- Nie jem, bo jak was widzę, to tracę apetyt - oświadczył zebranym gościom.

Wydarzenie to przeszło bez większego echa. Wszyscy byli przekonani, że to z przepracowania i nadmiaru szkockiej whisky. Gdy jednak na drugi dzień prezes i jego dwaj kumple, współwłaściciele dużej fabryki, odmówili skorzystania z usług zaprzyjaźnionej agencji towarzyskiej oraz z udania się do sauny wraz z grupą atrakcyjnych sekretarek, sprawa zrobiła się głośna nie tylko w środowiskach biznesu. 

Z początku komentowano te wydarzenia jako nową, zwariowaną modę lub dziwactwa ludzi znudzonych dobrobytem. Jednak szokujące zachowania biznesmenów znajdowały coraz więcej naśladowców. Właściciel sieci supermarketów wyrzucił przez okno luksusową wannę jacuzzi i zaczął brać kąpiele w brudnej, blaszanej beczce po oleju napędowym. Dyrektor banku przesiadł się z mercedesa do trabanta. Maklerzy giełdowi masowo zaczęli chodzić w kufajkach.

O ekscentrycznych zachowaniach biznesmenów mówiło wkrótce całe miasto. Niebawem epidemia odmowy uczestniczenia w luksusie zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Biznesmeni masowo przestawali kupować garnitury u Armaniego i męskie perfumy Pacco Rabanne,  przerzucając się na tanie marynarki z koca i wodę kolońską z Albanii. Także z innych miast docierały niepokojące wieści. Głośno było o zabarykadowaniu pewnej drogiej restauracji. Grupa milionerów zbudowała tam barykadę z hawańskich cygar, zdobionych srebrnych papierośnic, szykownych cylindrów, ekskluzywnych muszek i złotych zegarków Rolexa.

O buncie milionerów zaczęły pisać gazety. Ich protest polegający na olewaniu luksusów, zaczynał być poważnym problemem politycznym. Gdy premier rządu udał się do jednego z bardzo bogatych krajów z wizytą, miała towarzyszyć mu grupa polskich biznesmenów. Biznesmeni zjawili się na lotnisku ubrani w dresy, kurtki skórzane z ćwiekami, a także nieogoleni i śmierdzący jak bokser po walce, czy muzyk rockowy po koncercie. Wywołało to konsternację służb dyplomatycznych i skandal obyczajowy.

Protest milionerów stał się także niezwykle uciążliwy dla społeczeństwa. Pracę masowo tracili wyrzucani z posad posługacze, kierowcy, ochroniarze, sprzątaczki, ogrodnicy, fryzjerzy, nauczycielki dobrych manier, masażyści, luksusowe tancerki, opiekunowie do dzieci, metresy, pokojówki i lokaje. Sytuacja robiła się coraz bardziej kłopotliwa. W obliczu kryzysu gospodarczego mediacji ze światem biznesu podjął się sam premier. Niestety rozmowy prowadzone w tanim barze z frytkami smażonymi na starym oleju, gdzie obecnie mieściła się siedziba Polskiego Związku Milionerów nie sprzyjały atmosferze porozumienia. Po kilkunastu tygodniach protestu rząd ugiął się i obiecał biznesmenom preferencyjne zniżki przy zakupie gumofilców.

PS. Na zdjęciu poniżej jeden z uczestników protestu - właściciel fabryki  kiczowatych serduszek walentynkowych Hiacynt Mamałyga. 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 086  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer