Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 605 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kupa wszech czasów

środa, 29 grudnia 2010 13:44

 

Pamiętać coś po wszech czasy, to znaczy tyle, co pamiętać coś nawet nie do końca życia, ale do końca świata. Świat jak wiadomo skończy się za ok. 300 tysięcy lat (jak obliczono kula ziemska zbliży się wówczas do słońca tak blisko, że planeta nasza, sympatyczna ulegnie całkowitemu unicestwieniu). Zostało nam więc jakieś 300 tysięcy lat na partolenie sobie życia. Z jednej strony,  jest to bardzo dobra informacja, bo te trzysta patyków to przyznajmy, jest jakaś perspektywa. Kalendarz Majów przywidywał finał na 2012. Prawdopodobnie jest to związane z tym, że w 2012 Polska ma zorganizować mistrzostwa piłkarskie Europy. To według fachowców rzeczywiście może oznaczać koniec świata. Z drugiej strony, to oczywiście smutne, że po naszej cywilizacji nie zostanie nic oprócz kupki kosmicznego miazmatu. 

 

Skoro ustaliliśmy już, że określenie po wszech czasy to przynajmniej trzysta tysięcy lat do przodu, to teraz zastanówmy się ile to może być lat do tytułu? Wszech czasy jest określeniem obejmującym także przeszłość. Do tej pory sądzono, że gatunek homo sapiens ukształtował się ok. dwieście tysięcy lat temu  w północno wschodniej Afryce. Pierwszy człowiek na ziemi był prawdopodobnie Murzynem i wszyscy wiemy dlaczego (pierwszy zawsze ma najgorzej).  Murzyn powędrował następnie do Azji i Europy, a stamtąd na cały świat także do Australii i Grenlandii. Żeby z Murzyna zrobić Eskimosa ewolucja potrzebowała dwieście tysięcy lat. Żeby z Jarosława Kaczyńskiego zrobić uśmiechniętego i przyjaznego ludziom polityka, trzeba niestety trochę więcej czasu.

 

W Izraelu odkryto niedawno szczękę homo sapiens, która liczy sobie ok. 400 tysięcy lat. Odkrycie to burzy dotychczasowe podstawy naszej wiedzy. Okazuje się, że nasz gatunek jest starszy o dwieście tysięcy lat, a na dodatek pierwszy człowiek na ziemi, to nie był Murzyn tylko Żyd. Skoro pierwszy człowiekiem na ziemi był Izraelita to my wszyscy też jesteśmy…? No właśnie! Spełniło się marzenie wielu narodowców, którzy wyzywają każdego od Żyda. Dziś mają do tego absolutne prawo. Kobita, która czterysta tysięcy lat temu zgubiła w Izraelu szczękę jest naszą prababcią. Teraz jak Giertych, czy Pospieszalski będą pytać o to, kto był naszym przodkiem, to każdy od Kukiza po Korwina Mikke może wskazać na staruszkę z Izraela sprzed 400 tys. lat.

 

Nie słucham radiowej Trójki od czasu gdy stała się PiS-sowskim megafonem, ale tak czy owak trudno nie potknąć się o ślady żłobione falami trójkowego eteru. Mój syn dostał od kogoś pod choinkę składankę „Polski top wszech czasów” firmowaną przez III program PR.  Z przyjemnością zabrałem się do studiowania listy topu umieszczonej na płycie (jest to zbiór składający się z czterech CD), bo skoro jest to składanka „wszech czasów” to znaczy, że obejmuje nie tylko czterysta tysięcy lat do tyłu, ale także mające nastąpić, co najmniej trzysta tysięcy lat do przodu.

 

Żarty, żartami, bo przecież czterysta tysięcy lat temu nie było ani rocka, ani popu, ani bluesa ani jazzu, jeśli jednak, ktoś używa nazwy ”Polski top wszech czasów” to taki slogan zobowiązuje do pewnej rzetelności i uczciwości.  Zbiór Trójki niestety nie jest ani uczciwy, ani rzetelny. Jest totalnym bublem. Na składance „wszech czasów” według Trójki nie ma wykonawców takich jak Niemen, Breakout, Tadeusz Nalepa, Wilki, Oddział Zamknięty, De Mono. Trudno zarzucić tym wykonawcom, że nie mieli przebojów. Pożal się boże redaktorzy tej stacji, nie znaleźli też miejsca dla choćby jednej piosenki Maryli Rodowicz czy Marka Grechuty.  Topem są za to dla nich  Muchy, Tworzywo, De Su czy Lenny Valentino. Jak można na takiej składance („polski top”) nie dać Czesława Niemena, a umieścić Hatifnats?

 

Wszystko byłoby uczciwe gdyby płytę firmowano hasłem „ulubione piosenki redaktorów Trójki”. Tymczasem hasło reklamowe „Polski top wszech czasów” jest zwykłym nadużyciem. Pod tą kupą muzyczną podpisali się redaktorzy, których z przyjemnością wymienię: Metz, Stelmach i Baron. Trójka reklamuje się jako stacja muzyczna ludzi myślących. No cóż… należy mieć, co do tego poważne wątpliwości.   

 

PS. Na fotce poniżej słoń afrykański, który biegając po ulicy Myśliwieckiej nadepnął na uszy panom redaktorom.

 



Podziel się
oceń
6
0

komentarze (100) | dodaj komentarz

Pochwała gorączki

piątek, 24 grudnia 2010 20:20

 

Sformułowanie „gorączka przedświątecznych zakupów” jest już tak samo wyświechtane jak słynne „amatorzy białego szaleństwa”. O narciarzach przez lata pisano jako o „amatorach białego szaleństwa”. Pisano aż do znudzenia. Wszystkim dziennikarzom określenie takie wydawało się wyjątkowo trafione, piękne, a może nawet i poetyckie. Z czasem stało się symbolem złego stylu, braku wyobraźni językowej, a nawet pewnego upośledzenia. „Białe szaleństwo” zaczęło być wyśmiewane i dziś pojawia się już w mediach zdecydowanie rzadziej.

Tymczasem „gorączka przedświątecznych zakupów” od lat regularnie błyszczy w mediach i jako zwinna proteza językowa cieszy się pełnym uznaniem. Posługiwanie się wytartymi do bólu sformułowaniami jest oczywiście tandetnym pójściem na łatwiznę. Wystarczy użyć takiego zwrotu, by opisać wiadomą sytuację. Gdy jednak czytamy dziesiąty artykuł, w którym pojawia się taka „gorączka”, to albo sami dostajemy prawdziwej gorączki, albo mamy ochotę udusić autora.

W dobrym tonie jest także pewna przygana dla tych wszystkich, którzy w opisywanej „gorączce zakupowej” uczestniczą. Pojawiają się apele znanych psychologów, aby zwolnić tempo, aby nie dać się skołować przez kolejne „okazje” i „promocje”. Artyści piszą piosenki o tym, aby mieć czas na miłość, a nie tylko na zakupy. Redaktorki pism kobiecych publikują sponsorowane materiały o tym, że warto się zatrzymać i zrelaksować np. w ekskluzywnym Spa.

Wszystko to racja, trudno biegać cały czas, ale w tych wszystkich apelach psychologów i poetów trudno nie wyczuć pewnego pogardliwego tonu dla tej całej masy zabieganych ludzi, którzy przed świętami oddają się manii zakupów.  Tymczasem to właśnie zmasowane zakupy nakręcają gospodarkę. To właśnie ta wyśmiewana i wyszydzana „gorączka” zakupów powoduje, że kryzys nie ima się nas tak bardzo jak niektórych sąsiadów. Panie i panowie! Nie ma nic złego w kupowaniu! Kupujmy dalej! Masz już trzy mikrofalówki - kup czwartą! Masz już dwie plazmy w domu - kup trzecią! Masz sześć laptopów- kup dziesiąty!

Obserwując dzikie tłumy w galeriach handlowych jako jeden z niewielu w gronie moich znajomych byłem zachwycony. Dla gospodarki to naprawdę zdrowy objaw. Tymczasem w dobrym tonie (szczególnie u dziennikarzy i artystów) jest kpić z tego tłumu walącego na zakupy. Niestety żaden mądry psycholog, czy poeta nie nakręcił jeszcze gospodarki i pewnie długo nie nakręci. Oczywiście rozumiem ból teologów, którzy w tym pędzie do sklepów widzą zagubienie wartości duchowych Bożego Narodzenia, ale po to przecież mamy te dwa dni wolne, aby wszystko sobie na spokojnie przemyśleć, a nie tylko objadać się i gapić w seriale.  Wesołych świąt!

Poniżej zimowy widoczek z mojego okna. 

 



Podziel się
oceń
5
3

komentarze (5) | dodaj komentarz

Koncert ze szronem na ustach…

środa, 15 grudnia 2010 13:47

Agnieszka Kowalska z Gazety Wyborczej (wydanie lokalne Gazeta Stołeczna) napisała ostatnio, że z warszawskiego  Sylwestra na Placu Konstytucji organizowanego przez Polsat rok temu zapamiętała tylko dwa wydarzenia. Jak Skiba wpadł pod scenę  oraz nieprzytomną La Toyę Jackson. No cóż…La Toya była bardzo przytomna tyle, że może lekko odrealniona i zagubiona w polskiej rzeczywistości. Nie można o ćpanie podejrzewać każdego, kto nieco innym wzrokiem patrzy na rzeczywistość. Sroga zima i wiejący wiaterek mógł spowodować, że La Toya widziała w nas kosmitów, a nie zwykłych uczestników koncertu.

 

Marcy Gray na koncercie w Stoczni też miała mętny wzrok, ale czy to dragi czy błysk w oku na widok Wałęsy trudno dociec.  Co do mnie, to nie wpadłem pod scenę tylko wpadłem w kanał telewizyjny, który był zrobiony w wybiegu sceny. Niestety kanał ten nie był oświetlony, co skutkowało tym, że oprócz mnie do kanału tego wpadło szereg uczestników koncertu m.in. jeden z tancerzy, dziennikarz radia Zet oraz pieśniarka operowa Iwona Węgorzewska.  Znikniecie Węgorzewskiej w kanale telewizyjnym i moment, gdy na ratunek dzielnie pośpieszył jej Krzysztof Ibisz, można było sobie obejrzeć na You Tube, bo któryś z widzów uchwycił tę dramatyczną scenkę komórką. Nieoświetlony kanał okazał się być pułapką dla wykonawców, którzy od czasu do czasu, do niego wpadali. Autor pułapki czyli scenograf przyznał się do błędu i wszystkich przepraszał, ale było to już po ptakach… Na szczęście skończyło się tylko na stłuczeniach.

 

Jak będzie w tym roku trudno przewidzieć. Ja mam już nauczkę i będę patrzył pod nogi, ale czy to coś pomoże? Jeśli na Sylwestra będzie tak mocno sypać śniegiem jak teraz, to każdy wykonawca pod koniec piosenki może być trudny do rozpoznania, bo wszyscy będziemy przypominać świeżo ulepione bałwany. Mój najbardziej ekstremalny sylwester miał miejsce pod koniec lat 90-tych. Nie pamiętam czy był to 1997 czy 1998 rok. Graliśmy wówczas z Big Cycem dwa koncerty plenerowe w Dąbrowie Górniczej i w Katowicach. Było minus dwadzieścia pięć stopni i naprawdę wszystko zamieniało się w jeden wielki sopel lodu, ale daliśmy radę. Wówczas nikt jeszcze nie słyszał o ogrzewających dmuchawach na scenie i innych patentach służących zwiększaniu temperatury w plenerze. Jedynym sposobem na ogrzewanie się  wykonawców i widowni był alkohol z czego wszyscy skwapliwie korzystali.  

 

Agnieszka Kowalska pisze w Wyborczej, że sylwestrowe zabawy plenerowe powoli stają się nudne i pewnie trochę ma racji. Dziennikarka postuluje sprowadzenie jednej wielkiej gwiazdy, a potem grać mają sami didżeje. Bidulka pisze o rozrywce, a nawet nie wie, że telewizyjne koncerty sylwestrowe robi się nie z myślą o tych tysiącach pod sceną, tylko o tych milionach przed telewizorami. Samotny Dj kręcący płytą przez kilka godzin, sprawdza się dobrze w dyskotece, a nie na ekranie.   

 

Inna sprawa, że w miarę serwowania atrakcji widz staje się coraz bardziej wybredny. W zeszłym roku scena i światła oraz pokazy pirotechniczne na koncercie Polsatu były naprawdę bardzo imponujące (koncert miał największą widownie telewizyjną w Polsce i ok. 90 tys. osób pod sceną). Co można jeszcze zrobić? Pewnie będzie jeszcze większa scena i jeszcze więcej świateł. W tym roku w Warszawie pojawi się Roxette, Doda, Wojciech Gąsowski, Maciej Maleńczuk i stu innych wykonawców. Big Cyca nie będzie w Warszawie (graliśmy tam ostatnie dwa sylwestry i czas to zmienić). Zawitamy za to na sylwestrowym koncercie plenerowym w grodzie Kopernika, czyli w Toruniu, gdzie serdecznie zapraszam.  Postaramy się, żeby było gorąco, ale nie wszystko zależy od nas. Jak scenę skuje lód i zasypie śnieg, to najwyżej zbudujemy wszyscy wielkie igloo w kształcie toruńskiego piernika.    

 

Fotka poniżej: koncert Big Cyc w nie zimowym plenerze.

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 131  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer