Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 228 567 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kronika wydarzeń emocjonalnych

poniedziałek, 22 grudnia 2008 9:34

Kronika wydarzeń emocjonalnych

 

Oglądam na Polsat Sport walkę Wałujewa „potwora z Syberii" z „emerytem" Holyfieldem. Boks zawodowy zawsze kojarzył mi się z milionami dolarów, gangsterami, kasynami gry i wielkim przekrętem. I tak jest i tym razem. Mierzący 213 centymetrów i ważący 150 kilogramów Wałujew boksuje jak ślepy niedźwiedź. Góruje nad swym przeciwnikiem tylko wzrostem. Jest powolny i bezradny. Holyfield mimo swych 46 lat jest w świetnej formie. Trzy razy szybszy od Rosjanina ogrywa go prawie przy każdym starciu. Rosjanin dostaje regularnie w zęby w ciągu dwunastu rund. Jedynie w dwóch rundach ożywia się i kilka razy punktuje Holyfielda. Dla sędziów to wystarcza. Sędzia z Meksyku daje remis, a dwaj pozostali uznają, że nieznacznie wygrywa Wałujew. Stojąc w ringu pogromca Tysona, wielokrotny mistrz świata Evander Holyfield  uśmiecha się krzywo, a wielotysięczna publiczność bije mu brawo. Wałujewa żegnają buczenie i gwizdy.


Skandal ma miejsce w krainie banków i czekolady, czyli w Zurychu w Szwajcarii. Rosyjska mafia trzyma tam dużo forsy i być może, dlatego Amerykanin musiał przegrać. Szwajcarzy potrafią dobrze liczyć nie tylko pieniądze z łapówek i kont pomordowanych w czasie wojny Żydów, ale także czas. Niektóre z tuneli wydrążonych Alpach są zamykane o godzinie 20.00. Wystarczy spóźnić się dwie minuty i niestety czeka nas wielokilometrowy objazd. Byłem tam całkiem niedawno na otwarciu sezonu narciarskiego. Z lotniska w Zurychu jechałem na włoską stronę do Livigno, gdzie zaproszono mnie jako atrakcję do miejscowej dyskoteki Kokodi. Wspólnie z DJ Pawelcem z radia Eska daliśmy tam kilka występów dla licznej polskiej publiczności, która Livigno odwiedza jak się okazało nie tylko dla pięknych ośnieżonych stoków narciarskich. Rejon przy granicy ze Szwajcarią jest strefą wolnocłową i ceny alkoholi są tam bardzo, ale to bardzo przyjazne. Litrowy Jack Daniels kosztuje dziesięć euro. Ceny w sam raz na kryzys. Można zostać alkoholikiem.  


A co do kryzysu to te pięć tysięcy turystów z Polski (wśród nich gwiazda TVN -u Kinga Rusin), które wpadło na narty nie wyglądało na przejętych złymi prognozami gospodarczymi. Media codziennie wieszczą kataklizm tymczasem wszyscy wokół zwiększają obroty, a w sklepach i klubach tłumy. Istnieje w psychologii pojęcie „samo spełniającego się proroctwa". Czyli jeśli będziemy ciągle gadać o kryzysie i się nim przejmować i umartwiać to być może w efekcie sami go wywołamy.


Powrót do Polski i od razu wypad do Katowic na premierę nowej Toyoty Avensis. Przy muzyce z Kill Billa z fruwającego nad salonem helikoptera spuszczają się na linach komandosi przebrani za japońskich wojowników nindża. Zapowiadam ich jako „żółwie nindża" i spod zamaskowanych twarzy widzę wzrok facetów, którzy chętnie zrobiliby ze mnie sałatkę przy pomocy samurajskich mieczy. Na imprezie spotykam legendę polskiego dziennikarstwa sportowego Andrzeja Zydorowicza, który od lat jest już poza telewizją. Krótka i ciepła rozmowa. W Warszawie pojawiam się w klubie Maska. Tu wspólnie z Piotrem Zeltem, Jackiem Kawalcem i Laurą Łącz jesteśmy w jury konkursu na „Dziewczynę miesiąca" pisma Gentelmen. Od czasu, gdy Mariusz Pujszo objał stery redaktora naczelnego Gentelmen stał się wreszcie pismem do czytania. Wśród siedemnastu kandydatek do tytułu jest kilka pięknych dziewczyn i kilka ewidentnych pomyłek. Porównuję swoje oceny z ocenami Piotra, Jacka i wielkiej damy polskiego kina Laury Łącz. Jacek Kawalec opowiada, że gdy dwadzieścia lat temu debiutował w teatrze jako siódmy halabardnik, Laura była gwiazdą spektaklu i biegała nago po scenie. Teraz jest dystyngowaną panią w stylu Beaty Tyszkiewicz.


Ku naszemu zdziwieniu w finale konkursu pojawia się kilka dziewczyn, co do których wszyscy byliśmy zgodni, że to „pomyłki". Sprawa się szybko wyjaśnia. Okazuje się, że oprócz nas jest w jury jeszcze czterech panów sponsorów (w tym jeden z Francji, a drugi z Egiptu). Jak widać dziwne werdykty trafiają się nie tylko w boksie zawodowym.  


PS. Poniżej dyskoteka Kokodi w Livigno. Grzebię w płytach DJ Pawelca, który stojąc za mną jest z tego faktu najwyraźniej zadowolony. Na drugiej fotce Livigno nocą.

 

 




Podziel się
oceń
3
0

komentarze (36) | dodaj komentarz

Szał jako choroba przenoszona drogą sklepową

środa, 17 grudnia 2008 10:14

Szał jako choroba przenoszona drogą sklepową


Przed laty dotrała do nas z Zachodu groźna choroba zwana szałem zakupów. Szał zakupów uaktywnia się zwykle w okresie przedświątecznym. Niestety mimo szczepień profilaktycznych i pogadanek ostrzegawczych szał zakupów jest nadal groźny. Niektórzy specjaliści prorokowali, że szał zakupów minie jak czarna ospa, przepadnie jak szkarlatyna czy odejdzie do innych krajów jak kiła. Nic z tego. Choroba najwyraźniej zadomowiła się w Polsce na dobre.


Na Zachodzie przypadłość ta występuje od wielu lat. Znawcy tematu twierdza, że dłużej niż grzybica, łuszczyca czy płaskostopie.  Jej wzmożone epidemie obserwowane są głównie w okresie sezonowych obniżek cen oraz w okresie przedświątecznym. W Polsce poszczególne wypadki zachorowań na szał zakupów zanotowano dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych. Znany jest wypadek Jemioły Burczywąs z Sanoka, która  po otrzymaniu emerytury usiłowała nielegalnie kupić od terrorystów arabskich sześć łodzi podwodnych. Zatrzymana przez CIA na targu rybnym w Pucku tłumaczyła się, że miał to być prezent dla wnuków pod choinkę. Głośno było też o Edwinie Bagno z Lugrzycy, który wygrał główną nagrodę w loterii "Kuriera Hutniczego". Po otrzymaniu wysokiej nagrody pieniężnej Edwin Bagno wpadł w szał zakupów. Kupił sobie trzy żony, sześć kochanek, piętnaście sypialni, dwadzieścia osiem materacy, sto czterdzieści kompletów pościeli, osiemset płyt kompaktowych pod tytułem "Love songs" i dwa miliony prezerwatyw.


Jak poinformował nas Naczelny Lekarz Kraju szał zakupów jako choroba występuje na terenie całej Polski, a szczególnie w okolicach Warszawy, Łodzi, Krakowa i Katowic. Także w tym sezonie zdarzyło się kilka zbiorowych zachorowań. Najbardziej znanym wypadkiem zbiorowego szału były zajścia suwalskie podczas których tysiące ludzi sugerując się fałszywą reklamą emitowaną w telewizji kablowej "Canal Banał" kupiło kota w worku i myszy w butach. Zdaniem historyków IPN w czasach komunizmu oraz w XVI wieku na wsi nie notowano zachorowań na szał zakupów. W tamtym okresie ludzie całymi dniami stali w kolejkach lub byli zakuci w dyby i trudno tu mówić o jakimkolwiek "szale". Profesor Konopasta z Uniwersytetu w Wejherowie tłumaczy to tak: "W socjaliźmie klienci skazani na państwowego sprzedawcę byli rodzajem skazańców. W ich zachowaniu trudno byłoby się dopatrywać oznak szału. Cały dzień wypełniali sobie zdobywaniem rzeczy takich jak sznurowadła, serek tylżycki czy pralka Frania". W XVI wieku było podobnie choć jak zauważa profesor „zupełnie jednak inaczej".     


W Polsce o chorobie szału zakupów możemy więc mówić dopiero po rozwinięciu się systemu gospodarczego zwanego czule kapitalizmem nadwiślańskim. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tegoroczny sezon świąteczny to okres przełomowy w którym poprzez szkodliwe działanie widma kryzysu rozwinęła się mega epidemia szału zakupów. Sytuacja jest bardzo poważna jeśli nie wręcz tragiczna. Nie wszystkie szpitale i sklepy są w stanie pomóc osobnikom dotkniętym tą straszną i zaraźliwą chorobą. Rząd i producenci upominków  nie robią nic aby powstrzymać rozprzestrzenianie się choroby. Szał zakupów jest chorobą bardzo kosztowną. Charakteryzuje się biegunką między stoiskami, wysoką gorączką i pustym portfelem. Osobnicy zarażeni szałem zakupów potrafią nawet w dzień kupować wszystko "w ciemno". W związku z epidemią szału zakupów w całym kraju odczuwa się tłoki na parkingach przed sklepami, ścisk w kasach i zadyszkę u świętych Mikołajów.


Na fotce poniżej przedstawiciel włoskiej mafii odpowiedzialnej za handel zużytym śniegiem Marco Luigii, który wpadł w szał zakupów nowych spinaczy biurowych przez telefon.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Witajcie w cofniętych czasach

środa, 10 grudnia 2008 9:59

Witajcie w cofniętych czasach

 

Na godzinę dziewiątą rano zaplanowano w parlamencie debatę o czasie.

- Czemu tak wcześnie? - dziwił się jeden z posłów rządzącej koalicji. - Czas nie zając nie ucieknie. - Czego, jak czego, ale czasu to mamy jak lodu - wtórował mu kolega o czerwonych policzkach. Czasu rzeczywiście było pod dostatkiem. Premier rządu zwierzył się swoim ministrom, że jak dobrze pójdzie, to czasu jest na całe cztery lata. Konkretny czas należało jednak ustalić już teraz.


- Nie możemy sobie pozwolić na anarchię w czasie. Ludzie powinni wiedzieć, która dokładnie jest godzina - zaapelował minister finansów. Ostatecznie zdecydowano, że debata odbędzie się o czasie.


Wszyscy byli zgodni, że zbiorowe wyregulowanie zegarków jest konieczne i niezbędne. - Nowy rok bez względu na dzielące nas różnice polityczne, musimy powitać o tej samej godzinie - rozsądnie zaapelował marszałek sejmu.


Koalicja rządowa postanowiła głosować na godzinę jedenastą piętnaście. - Rząd chce cofnąć czas! - krzyknął znany poseł opozycji. - Jest w tej chwili dokładnie jedenasta dwadzieścia! - mówił stukając się w czoło i zegarek. - Być może tak jest na pańskim, obcym naszej kulturze szwajcarskim Tissocie, ale na moim Wostoku jest jedenasta piętnaście - replikował poseł sprawozdawca reprezentujący koalicję rządową. Mała partia centrowa, której głosy mogły wesprzeć rząd w debacie o czasie postanowiła być języczkiem u wagi.


- Zdecydujemy się, która jest godzina, dopiero za pięć dwunasta - oznajmił tajemniczo jej lider. W trakcie debaty część posłów lewicowych ujawniła, że od dłuższego czasu bojkotuje czas zimowy. Mijały kolejne godziny. - Panowie, czy wy nie widzicie, że czasy się zmieniły - grzmiał z trybuny przeciwnik koalicji rządowej.


Wyczekującą postawę zachował „Mózg" - skłócony z kolegami nieformalny lider lewicy zwany tak od organu, który starał się oszczędzać. - Cała ta dyskusja jest bezprzedmiotowa i niewiele mnie obchodzi. Ktoś mi w gabinecie sekretarza partii ukradł wczoraj zegarek - zwierzył się dziennikarce z popularnego programu radiowego „Stare, dobre czasy". - Ty to masz szczęście, bo mi buchnęli samochód pod komendą główną policji - wtrącił na wesoło rozrywkowy poseł, który po pijaku zapomniał gdzie zaparkował melexa na Cyprze.       


Do dyskusji na temat, która jest godzina włączyli się także przedstawiciele opozycji pozaparlamentarnej. - Obojętnie, jaką godzinę przegłosuje sejm - nie uznamy jej - powiedział bojowo lider partii Narodowe Przebudzenie Na Czas.

- Jeśli godzina będzie sensowna i ustalona wspólnie z prezydentem, jesteśmy w stanie ją zaakceptować - oświadczył lider ultra konserwatystów. - Nasza godzina jeszcze wybije - wycharczał na konferencji prasowej przywódca Tymczasowego Komitetu Partii Radykalnych Czasomierzy nie bacząc na to, że zegarek już dawno mu stanął.   


W parlamencie czas dłużył się przeokropnie. Debata nad godziną pobiła wszelkie rekordy czasowe. - Ja tam i tak nie idę nigdzie na sylwestra i nowy rok mogę powitać dokładnie pięć minut po dwunastej, ale zależy nam, aby godzinę ustalić także wspólnie z posłami z opozycji. Niech świat wie, że przynajmniej w kwestii nakręcania zegarków jest u nas pełne porozumienie - ujawnił poseł senior trzęsąc się jak stary pies ze schroniska.


Do sporu włączył się ochoczo prezydent. - Zegar historii bije już od kilku lat, a dokładną godzinę zna mój brat - oświadczył bawiąc się gumowa laleczką.

Wychodząc prezydent strzelił obcasami zabijając przypadkowo grubego adiutanta przebranego w mongolski strój ludowy. 


Nie zabrakło wypowiedzi byłego laureata nagrody Nobla z Gdańska. - W temacie czasu jest tak jak w samochodzie. Wy jedziecie, ja nalewam paliwo, wy ustalacie, która jest godzina, ja trzymam wskazówki.


Wypowiedź ta zaciemniła do reszty jasność sporu. Po kilkudziesięciu godzinach zażartej i czasochłonnej dyskusji, by dalej nie tracić czasu, ustalono wersję kompromisową. O piątej nad ranem postanowiono, że jest godzina jedenasta siedemnaście. Tego ranka koguty piały wyjątkowo głośno. Czas cofał się nieubłaganie.    


Na zdjęciu poniżej dysponująca spora ilością wolnego czasu barmanka z topowego pubu piwnego Oczodół z Byczyna - Leukemia Mlaskacz, która po szóstym piwie liczy wszystkim podwójnie. 

 




Podziel się
oceń
0
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  6 513 628  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer