Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 014 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wizyta

piątek, 29 listopada 2013 11:10

 

Max Pietrucha właściciel firmy "Max Investments sp. z.o.o." zaparkował swoje porsche cayenne w eleganckim, przestronnym garażu. Max tak naprawdę miał na imię Mirek, ale zawsze wydawało mu się ono zbyt pospolite, a Mirek czyli teraz Max bardzo lubił rzeczy wyszukane i pachnące wielkim światem. Imię Mirek pachniało tanimi sklepami. Zalatywało obiadem w przaśnym stylu, czyli stanowiło coś tak mało podniecającego jak pierogi z kapustą. Mirka można było identyfikować w przestrzeni kosmicznej po przez takie symbole jak odrapany przystanek autobusowy, marny serial w telewizji o życiu prowincji i pracę na umowie śmieciowej.

 

Max miał pretensje do rodziców za tego "Mirka", ale w sumie już pod koniec podstawówki był dla wszystkich Maksem, a z czasem to nawet Maxem przez "x". "Max" tak się utrwalił w obiegu towarzyskim, że nikt na niego nie mówił już Mirek. Jaja były tylko w urzędzie stanu cywilnego, bo gdy zakładał nową, kolejną już swoją firmę, to chciał mieć w dowodzie tego Maxa, bo tak też miała nazywać się firma "Max Investments". Kobieta z urzędu na siłę chciała mu wpisać "Maksymiliana".  

 

Max od zawsze miał żyłkę do interesów. Potrafił obracać kasą jak nikt inny. Tam gdzie konkurencja traciła, tam on zyskiwał. Jakoś tak potrafił działać, że zawsze to, co tanio kupił, drożej sprzedał. Firma Maxa robiła wiele rzeczy, budowała, sprzedawała, produkowała. Prościej byłoby powiedzieć czego nie robiła. Oczywiście byli więksi i bogatsi, ale w kategorii średni biznes Max wcale nie był średni. Był jednym z najlepszych.

 

Dom Maxa był jak to mówi młodzież "wypasiony". Dwa tysiące metrów kwadratowych na działce o powierzchni kilku hektarów pozwalało nazwać to siedlisko rezydencją (a nawet "pałacem" jak mówili miejscowi) i zapewniało komfort całej rodzinie. Szesnaście garaży, olbrzymi taras, dwadzieścia dwa pokoje, całkiem spory basen, ładny kort tenisowy, boisko do koszykówki, prywatne jezioro i dwa oczka wodne sporych rozmiarów, w tym jedno z romantycznym mostkiem, imponujący park pełen alejek i dyskretnych ławeczek.

 

Tak. Max mógł o sobie powiedzieć, że spełniły się jego marzenia o wygodnym i dostatnim życiu. Dobrze prosperująca firma, pełne konta, spore lokaty kapitałowe, nieruchomości w całej Polsce i za granicą, koiły wszelkie nerwy o kryzysach gospodarczych i nagłym krachu na giełdzie. Max usiadł w skórzanym fotelu i nalał sobie dobrej, szkockiej whisky, która stała na stoliczku z mahoniowego drzewa. Nagle ktoś nerwowo zapukał do drzwi. Max nie spodziewał się gości. Służąca miała dziś wolne i Max w przypływie dobrego humoru postanowił, że sam otworzy. Jakież było jego zdziwienie, gdy odkrył kto stał za drzwiami. Była to stara baba w łachmanach i z kosturem. Nie była jednak to zwykła żebraczka. Było w tej babie coś magnetycznego, coś co wzbroniło  Maxowi od razu zatrzasnąć drzwi.

 

- Ktoś ty babo stara? - spytał nieco nawet rozbawiony.

- Jestem BIEDA i przyszłam do ciebie - powiedziała sucho baba.  

- Pomyliłaś babo adres! Ty idź sobie tam na wieś za górkę, gdzie krowa wczoraj zdechła sołtysowi albo do miasta do tej dzielnicy przy torach. Tam twoje miejsce. U mnie biedy żadnej nie ma. U mnie dobrobyt i stabilizacja, a nawet bogactwo - mówiąc to odsłonił swoje zęby za dwa mercedesy i Rolexa za trzy.  

- Max Pietrucha, ul. Grzybowa 16 -  spytała baba służbowym tonem przeglądając jakieś skierowanie z pieczątką.  

- Nazwisko i adres się zgadza, ale mówiłem już, że to na pewno nie do mnie. Ja jestem człowiek majętny, zasobny... mam drogie samochody, rezydencje z basenem... - Max czuł się nieco głupio, bo tłumaczył się przed obcą babą w obdartych szmatach. 

- A masz ty chłopie refleksje filozoficzne, rozterki natury estetycznej, uczestniczysz w życiu duchowym, zastanawiasz się nad przeczytanymi lekturami, chodzisz do teatru czy filharmonii? - spytała baba niczym najbardziej wścibska inspektorka z urzędu skarbowego.

- W teatrze nie byłem, ale kiedyś chciałem kupić teatr i przerobić go na sklep z firanami - oświadczył wesoło

- Widzisz Max. Dobrze trafiłam. Ja przyszłam do ciebie. Bo ja jestem bieda umysłowa.       

 

2013-06-06 10.59.14.jpg


Podziel się
oceń
283
192

komentarze (23) | dodaj komentarz

Media pieją!

czwartek, 21 listopada 2013 14:13

Dawno temu Grzegorz Ciechowski (jakże brakuje dziś takich zdolnych ludzi w branży muzycznej) nagrał płytę z melodiami ludowymi jako "Grzegorz z Ciechowa". Hitem tej płyty był utwór "Piejo kury piejo", w którym wykorzystano głos autentycznej śpiewaczki ludowej. Rytmy generowane z komputerów w połączeniu z folklorystycznym zaśpiewem stworzyły bardzo udaną kompozycję. Rodzina nieżyjącej śpiewaczki zaprotestowała. Jej dzieci uznały, że matka zmieszana z brzmieniem komputerowym to skandal. 

 

Tymczasem Ciechowski tak na prawdę ocalił ten zapomniany głos i w artystyczny sposób unieśmiertelnił na płycie ich matkę. Dziś nie ma już ani tej śpiewaczki, ani lidera Republiki, ale jest piosenka o kurach, które pieją. Prosta ludowa prawda o tym, że kury pieją bo nie mają koguta. Bo kurom jest kogut potrzebny, tak jak każdej babie dobry chłop. Co prawda dziś w dobie mody na feminizm i gender studies to już nie tak do końca oczywista sprawa.

 

Premier Donald Tusk dba, by w jego kurniku nikt niepotrzebnie nie piał i nie machał skrzydełkami. Wyrzucił z niego kilku kogutów (m.in. ministra Rostowskiego, Boniego i ministra Nowaka), kilku kurom pozwolił wyżej siąść na grzędzie (minister Elżbieta Bieńkowska), jedną kurę wydobył z głębi swojego kurniczka i bytu zapomnienia (Joanna Kluzik Rostkowska), młodych kogutów zaprosił do wspólnego dziabania ziarna (Mateusz Szczurek). Zdaniem opozycji takie przetasowania w kurniku to tylko sprawa wizerunkowa, a społeczeństwo badane na tę okoliczność przez różne instytuty nie wiąże z nowymi ministrami żadnych nadziei na lepsze.

 

Tak na prawdę niewielu te zmiany w kurniku obchodzą. Jedyna grupa, która strasznie gorączkuję się z tej okazji to dziennikarze. Media piją o zmianach w rządzie koguta Donalda tak, jakby to oznaczało, że jutro skończy się kryzys, ludzie zaczną lepiej zarabiać, a polska gospodarka ruszy i przegoni gospodarkę Niemiec, Norwegii i USA razem wziętych. Metoda na "zmianę ministrów" to stary chwyt rządzących realizowany głównie wówczas, gdy wyczerpią się inne możliwości ogłupiania opinii publicznej. Metody te (zwane też wymianą zderzaków) stosowały z powodzeniem wszystkie rządy od lewa do prawa, którym kończyła się powoli piana na mydlenie oczu wyborcom.

 

Chyba ostatni raz takie rewolucje w kurniku robiły na wyborcach wrażenie prawie dziesięć lat temu, gdy za rządów SLD kogut Leszek Miller wywalił z rządu prawie połowę swej nieudacznej drużyny. Gdy kilka lat później kogucik Jarosław Kaczyński zorientował się, że mu świnia wlazła do kurnika i raz wywalał Leppera, a chwile później dopuszczał go jednak do korytka, było to już tylko zabawne.

 

Dziś takie przepychanki są już tylko atrakcją dla rozdygotanych mediów, choć jedna pani minister się Donaldowi na prawdę udała - Elżbieta Bieńkowska to dynamiczna nowa pani wicepremier, która została teraz osobą zarządzającą nowym super ministerstwem (rozwój regionalny plus transport).

 

Media pieją z okazji podrygów w kurniku i piać będą jeszcze przez tydzień. Bo to dla nich ta cała rekonstrukcja rządu. Dla mediów ten cyrk, bo Donald gdyby mógł, to nic by w kurniku nie ruszał, ale media na nim to nieco wymusiły, bo rok temu beknął coś na odczepnego podczas konferencji o "rekonstrukcji rządu". Dzisiejszy polityk jest jak żongler w cyrku. Co sezon musi przygotować nowy numer z tymi samymi piłeczkami.

 

Na zdjęciu poniżej - proponowany przez środowiska filmowe nowy minister spraw wewnętrznych:

z pasem.jpg


Podziel się
oceń
216
159

komentarze (19) | dodaj komentarz

Kupa na parapecie

środa, 13 listopada 2013 13:47

W rocznicę wybudowania naszej kamienicy kilku mieszkańców postanowiło urządzić uroczysty marsz. - Chcemy maszerować aby podkreślić naszą dumę z zamieszkiwania w tej kamienicy, a jednocześnie zaprotestować przeciwko gospodarzowi, który nieudolnie sprząta klatkę schodową. 

 

Przepisy porządkowe zezwalały na takie demonstracje. Cześć mieszkańców miała jednak obawy, czy taki marsz nie zakłóci spokoju i nie spowoduje jakiś strat na trasie przemarszu. - Będziemy doskonale przygotowani i sami zadbamy o porządek. Gospodarz i dzielnicowy nich się trzymają od nas z daleka - powiedział główny organizator marszu Adolf Zawiszak, którego ze względu na imię i charakterystyczny wąsik, wszyscy w kamienicy nazywali czule Wilczurem. Przygotowania do marszu ruszyły pełna parą. Ludzie Wilczura szykowali flagi i transparenty.

 

Mimo obrzydzenia, organizatorzy marszu spotkali się z gospodarzem i ustalili trasę manifestacji. Pochód miał okrążyć naszą kamienicę. Planowano, że ruszy spod głównej bramy, omijając trawnik z ładnymi klombami przejdzie wokół piaskownicy i trzepaka. Przy piaskownicy Wilczur zaplanował swoje wystąpienie. Następnie marsz miał wyminąć karuzelę, przejść obok śmietnika i chodnikiem dotrzeć na tyły kamienicy, gdzie były ławki i rosła ładna topola. Przy topoli planowano zakończenie marszu.

 

Redaktor osiedlowej gazetki "Nasza kamienica" obawiał się czy nie dojdzie do incydentów jak to miało już miejsce w latach poprzednich. Szczególnie obawiano się czy marsz nie rozleje się na klatkę schodową i czy nie dojdzie do podpalania wycieraczek, co było od zawsze ulubionym zajęciem kolegów Wilczura. Organizator zapewnił, że nic takiego się nie stanie, organizatorzy trzymać się będą wyznaczonej trasy, a marsz będzie miał swoją służbę porządkową.

 

W rocznice naszej kamienicy wszyscy umyli okna, a gospodarz zaprosił tych co nie szli z Wilczurem na ciastka i herbatę. Na marsz Wilczura przybyło sporo osób w tym wielu z sąsiednich kamienic. Główny transparent marszu głosił "Nasza kamienica górą!" Początkowo było spokojnie, ale część uczestników rwała się wyraźnie do zadymy. Byli to głównie kibice drużyn grających w podwórkową szmaciankę. Najpierw zupełnie bez sensu podpalono klomby na trawniku. Niektórzy z uczestników marszu uznali, że kwiaty ich obrażają. Wilczur przemawiał przy piaskownicy, ale nie specjalnie go słuchano, bo były lepsze atrakcje. W śmietniku znaleziono dwa bezdomne koty, którym wydłubano oczy i podpalono ogony. Te akcje dały sygnał do następnych. Połamano ławkę przy topoli oraz zepsuto dzieciom karuzelę. Wśród uczestników marszu rozniosła się plotka, że na drugim piętrze mieszka Rosjanka z dzieckiem. Wybito jej szyby i podpalano wycieraczkę. Część uczestników marszu przedostała się na klatkę schodową i wysikała się pod mieszkaniem gospodarza oraz rozbiła wszystkie doniczki z kwiatami. W windzie okradziono staruszkę zabierając jej torebkę i parasol. Jeden z uczestników marszu zrobił nawet kupę na parapecie na pierwszym piętrze.

 

Dzień po tych wydarzeniach Wilczur zwołał konferencje prasową i oświadczył, że marsz był bardzo udany. - To nasz wielki sukces! - promieniał . Mieszkańcy obwiniali go o zniszczenia i kupę na parapecie. - To przecież sprawa gospodarza. On chyba sobie z tym wszystkim nie radzi...

 

ski9.jpg


Podziel się
oceń
315
171

komentarze (26) | dodaj komentarz

środa, 22 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  6 515 999  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer