Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 607 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Marynarka

środa, 25 października 2006 11:21

Marynarka 

Dziś zajmiemy się wzrastającym wpływem marynarki na życie Polaków. Marynarka jak powszechnie wiadomo występuje pod kilkoma postaciami. Może być to Marynarka Wojenna, czyli część naszych dzielnych, zatapialnych i niezatapialnych sił zbrojnych lub po prostu marynarka od garnituru, czyli część naszego ubrania od jaj po szyję. W języku potocznym słowo marynarka bywa także określeniem żony lub dziewczyny marynarza.

Mężczyźni od lat ubierają się w marynarki. Jedni zmieniają marynarki jak rękawiczki, inni wolą zakładać je na plecy niż na ręce. Wielu chodzi i zdziera jedną marynarkę przez całe życie. Są też tacy, co podrywają i zdzierają marynarki, czyli żony marynarzy, gdy ich faceci wyruszą w rejs. Na jednych marynarki leżą dobrze, na innych gorzej, a wszystko zależy od wagi. Bywają tacy faceci na których dobrze leżą tylko kobiety. 

Oficerowie Marynarki Wojennej chodzą w granatowych lub białych marynarkach, które stanowią ważny element ich umundurowania. Zwykły statkowy majtek jak sama nazwa wskazuje biega po pokładzie w majtkach.

Od lat mężczyzna elegancki to mężczyzna w marynarce. Marynarka jest obowiązkowym strojem dla polityków, dziennikarzy i biznesmenów. Bokser, cukiernik, czy pracownik kanałów miejskich mają to szczęście, że rzadko, kiedy, chodzą do pracy w marynarce. Tymczasem taki polityk, biznesmen musi nakładać garnitur bez względu na temperaturę czy okoliczności. Upalne lato czy trzaskający mróz, impreza w klubie, czy narada w zarządzie, garnitur musi być. Jedyne znane historii przypadki odstępstwa od tej żelaznej zasady to wyluzowany minister Jacek Kuroń, który całe życie chodził w dżinsowej bluzie oraz wieczny konspirator minister Janusz Pałubicki, który wylansował czarny sweterek. Poza tymi barwnymi postaciami polskiej elity politycznej nikt nie odważył się wyłamać z garniturowego reżimu. Garnitur stał się rodzajem koniecznej w tych zawodach zbroi, bez której osoba reprezentująca te zawody wydaje się naga. Jedyne miejsca gdzie biznesmenom pozwala się zdjąć garnitur to basen i sypialnia, choć i to powoli ma się zmienić.

Ja na szczęście wykonuję zawód gdzie marynarka nie jest konieczna. Przez lata grając w zespole rockowym obywałem się zupełnie bez marynarki. Do dziś mam wielu kolegów muzyków, którzy mimo, że przekroczyli czterdziestkę nigdy nie mieli przyjemności chodzić w garniturze. Występując w wielu programach telewizyjnych i prowadząc liczne imprezy, wpadłem na pomysł, aby uszyć sobie kilka oryginalnych marynarek. Zależało mi, aby były to marynarki nietypowe, ekscentryczne i takie, których nikt nie będzie mógł sobie kupić w sklepie. W trakcie długoletniej pracy na estradzie dorobiłem się kolekcji ponad dwudziestu dziwacznych marynarek. Jest w tej kolekcji marynarka krowa, marynarka zebra, czy marynarka żyrafa. Jest marynarka w stylu amerykańskiego sutenera, czy świecąca cekinami marynarka w typie wodzireja z bułgarskiego cyrku. Są, więc to ubrania wierzchnie idealnie pasujące do zawodu etatowego świra, który uprawiam. Marynarki te świetnie prezentują się na estradzie i w telewizji. A dokładnie prezentowały się, gdyż od pewnego czasu mam z nimi wielki problem.

Zaczęło się od festiwalu piosenki w Opolu. Zostałem zaproszony do prowadzenia koncertu „Super Jedynek”. Wszystkie przygotowania do koncertu przebiegały zgodnie z planem, gdy nagle okazało się, że problemem jest moja kolorowa marynarka i pomarańczowe portki. Dyrekcja festiwalu nie zaakceptowała mojego stroju. Z jednej strony byłem dumny, że samo szefostwo martwi się o moje gacie i marynarkę, z drugiej zastanawiałem się czy za PRL-u kierownictwo telewizji interesowało się w jakich gaciach Lucjan Kydryński będzie prowadził koncert. Nie bez oporów dałem się wcisnąć w coś bardziej stonowanego. Problem marynarek odżył ze zdwojoną siłą w programie telewizyjnym „Oko na miasto”, który prowadzę od dwóch miesięcy w Polsacie. Początkowo pozwalano mi nakładać moje pstrokate marynarki. Wielu widzów wypowiadało się o nich bardzo pozytywnie. Z czasem wydano mi absolutny zakaz pokazywania się w moich dziwacznych marynarkach i narzucono zwykłe, eleganckie, ale moim zdaniem banalne marynarki, które nieco gwałcą moja osobowość. Motywuje się to licznymi badaniami naukowymi oraz faktem, że widz woli oglądać wariata Skibę w czymś normalnym. Podobno jak się jest scenicznym wariatem to nie potrzeba się jeszcze do tego wariacko ubierać.

Stroje ludzi pokazujących się w mediach zawsze wzbudzały liczne kontrowersje. Ileż to razy dyskutowano o barokowych kreacjach Violetty Villas, czy skąpym odzieniu Edyty Górniak. Jak wielkie emocje wzbudzają frywolne stroje Dody, czy Mandaryny. Pamiętam skandal z kiecką żony premiera Leszka Millera, która na oficjalnym bankiecie pojawiła się w kreacji z napisami „Sex”, „Love” i „Kiss”. Nie porównując się absolutnie do tych wybitnych postaci polskiej estrady i polityki, pragnę za tym pośrednictwem spytać Państwa czy walczyć o swój indywidualny styl, czy jednak dać sobie spokój i pozwolić przerobić się na telewizyjną masę? Myślę, że Państwa głosy w tej sprawie pozwolą rozstrzygnąć ten ważki medialno-odzieżowy problem. Marynarka postarza. Wie o tym dobrze czterdziestotrzyletni Kuba Wojewódzki, który w swym programie prezentuje się głównie w młodzieżowych bluzeczkach. Wpływy marynarki w mediach rosną. Jak się okazuje marynarka to nie tylko zadanie dla krawca. Niby rzecz banalna, ale w dzisiejszych czasach zagadnienie prawie filozoficzne.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

Chamusie i warchołki

czwartek, 19 października 2006 13:43

Chamusie i warchołki

Stefan Moller satyryk i aktor znany m.in. z programu „Europa da się lubić” twierdzi, że jako Niemca Polacy ujęli go swym językiem. Sympatycznemu Stefanowi podobają się szczególnie zdrobnienia bardzo w naszej mowie popularne. W Niemczech jest po prostu Steffenem, a w Polsce wołają na niego Stefek, Stefcio, Stefanek, Stefuncio itd.  

Epitety takie jak cham i warchoł rozpropagowane ostatnio przez Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Leppera do tej pory nie miały swych zdrobnień, ale to  z pewnością się zmieni. Zdrobnienia dodajemy chcąc zwykle przydać sympatyczności danemu słowu. Takie np. „pieniądze” to po prostu forsa i tyle, ale gdy zamienimy je na „pieniążki”, to już jest coś o wiele milszego. Nie ma, co załamywać rąk jak można załamywać rączki, rączunie, rączuchny. W języku polskim zdrobnienia nie rażą i są powszechnie stosowane. Moda na zdrobnienia panuje szczególnie wśród kelnerów, którzy w swej ciężkiej pracy, na co dzień operują określeniami typu „widelczyk”, „szklaneczka”, „kieliszeczek”, czy „obiadzik”, nie mówiąc już o „jedzonku”, „stoliczku” czy „wódeczce”. Powszechne przyzwolenie na zdrobnienia może się wydać purystom językowym infantylne, może stać się obiektem kpin i żartów (jak to miało miejsce w popularnej reklamie jednego z operatorów telefonów komórkowych), ale z pewnością jest nieszkodliwe.  

Obelgi zawierające mocny ładunek emocji negatywnych nie podlegają zdrobnieniom, choć zdarzają się wyjątki. Jeśli mówi się o kimś „kłamca” to zawsze w konwencji serio. Określenie kogoś kłamcą wiąże się na ogół z poważnymi oskarżeniami, z głoszeniem niezwykle pompatycznych i oficjalnych przemówień, czy deklaracji. Tymczasem słówko „kłamczuszek” to raczej sytuacja, gdy złapaliśmy kogoś na niewielkim rozmijaniu się z prawdą. W zależności od kontekstu wypowiadania tego słówka np. w czasie przekomarzania się między kochankami słówko „kłamczuszek” może być jak najbardziej pozytywne, a nawet uchodzić za miłe i słodkie.  

Cham i warchoł, czyli wyzwiska, którymi nie tak dawno obrzucili się pan Kaczka z panem Burakiem, z uwagi na fakt, powrotu do współpracy obu polityków nabiorą nowego znaczenia. Teraz to będą określenia jak najbardziej sympatyczne i pozytywne i jako takie z pewnością będą miały zdrobnienia. Jak ktoś nam bardzo się spodoba, to będziemy do niego mówić warchołek, a ktoś inny wyda nam się bardzo kulturalny, to nazwiemy go chamuś. O kimś wybitnie uprzejmym będziemy mówili „jakież to miłe chamiątko”.  

Nie od dziś gubimy sens słów, wiec pewnie i ta rewolucja językowa zostanie z czasem zaakceptowana. Epoka IV RP posiada wybitną zdolność do wywracania słów do góry nogami. Wszyscy pamiętamy jak tuż po wyborach politycy Platformy i PiS-u mówili do siebie per „przyjaciele”. Kolicja POPiS-u wydawała się realna to też media pełne były określeń typu „nasi przyjaciele z Platformy” czy „nasi przyjaciele z Prawa i Sprawiedliwości”. Lepper z Giertychem wydali się Kaczkom wygodniejsi od Tuska, i teraz mamy określenia typu „wykształciuchy” czy „zomowcy” z jednej strony, a „mohery” i „populiści” z drugiej. Skoro można mówić o kimś per przyjaciel, a później nazwać go zomowcem, to naprawdę nie ma się czemu dziwić, a już na pewno nie temu, że cham nie ma pretensji do warchoła i odwrotnie.  

Kilka lat temu profesor Jan Miodek opowiadał mi o upadku językowym, który z roku na rok się pogłębia. O tym, że w dzisiejszych czasach nawet przekleństwa tracą jakikolwiek sens i znaczenie. Jako przykład podał zabawną historyjkę z pociągu. Do zatłoczonego przedziału wchodzi nerwowa matka z synem w wieku licealnym. Oboje taszczą duża walizę. Syn najwyraźniej nie ma ochoty podnieść walizki do góry i umieścić ją na półce nad siedzeniami. Matka widząc jego brak zaangażowania dopinguje go w te słowa: 

– Wrzuć to wreszcie do góry ty skurwysynu!  

Panie Skiba! Niech pan sobie wyobrazi coś takiego! Ta kobieta nawet nie miała pojęcia, że obraziła samą siebie – użalał się poczciwy profesor. Niestety mam dla profesora Miodka złą wiadomość. Jest to przy okazji zła wiadomość dla nas wszystkich. Wraz z zaostrzaniem się walki politycznej na linii bracia Kaczyńscy i reszta świata, takich przykładów będziemy mieli coraz więcej. Jeszcze trochę wyzwisk w życiu publicznym i ze „skurwysynem” też się oswoimy.      


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Brzęczenie

środa, 11 października 2006 22:58

Brzęczenie

Kandydat obudził się z dziwnym brzęczeniem w głowie. Rozpoczynał się kolejny dzień morderczej walki wyborczej. - To z pewnością z przemęczenia – pomyślał nacierając kciukami skronie. Stary, ludowy sposób polegający na szybkim masażu bolących miejsc zwykle przynosił ulgę. Tym razem dał jednak  rezultat zerowy. Kandydatowi nadal coś brzęczało i to nawet jakby nieco głośniej niż zaraz po przebudzeniu.

 - Trzeba wziąć szybki prysznic i napić się kawy – myśl taka przeleciała przez głowę Kandydata z szybkością nowoczesnej motorówki z turbo-doładowaniem, zagłuszając na moment uciążliwe brzęczenie. Tegoroczna kampania wyborcza była wyjątkowo ostra i brutalna. W ogniu polemik wyborczych Kandydat był bezpardonowo atakowany przez swoich przeciwników politycznych, sam jednak nie pozostawał dłużny. Obrzucał obelgami i łajnem wszystkich wokół i nie stosował żadnej taryfy ulgowej. Notowania opinii publicznej dawały mu niewielką przewagę nad konkurentami, ale wynik wyborów wciąż wydawał się niepewny.  

Na swoją stronę przeciągnął wyborców hasłami o odnowie moralnej, walce z korupcją i przestępczością. Konkurenci nie mieli na niego zbyt wielu haków, a on sam przez lata dzięki wrodzonemu sprytowi wyrobił sobie opinię ideowca. Kilkoma zgrabnymi akcjami utwierdził wszystkich w przekonaniu, że dobro świata, ojczyzny i regionu to jego priorytety. W budowaniu wizerunku osoby ideowej pomogła mu poczciwa nauczycielka z liceum, której w czasach komuny na dużej przerwie oddawał swoje kanapki z szynką. Pomógł też dawny kolega z akademika, którego nauczył na studiach jak cerować skarpetki. Ale największym hitem jego kampanii wyborczej okazał się przypadkowy zbieg okoliczności.   

Otwierając raptownie drzwi swojego mercedesa pod budynkiem zaprzyjaźnionego banku gdzie był umówiony z dyrektorem w ważnej kwestii kolejnego kredytu, uderzył jakiegoś szybko biegnącego chłopca, który nadziawszy się na drzwi wywinął klasycznego orła uderzając głową o chodnik. Zdenerwowany i blady nachylił się nad leżącym na betonie chłopakiem, któremu w oczach zaświeciły gwiazdki. – Ten smarkacz może być źródłem naszych problemów – wyszeptał mu do ucha otyły szef kampanii wyborczej. – Niech pan to jakoś załatwi – syknął wściekły Kandydat prostując się i poprawiając marynarkę. – Nie wolno tak szybko biegać po zatłoczonej ulicy – szef kampanii wyborczej uśmiechnął się do chłopaka i zgrabnym ruchem wcisnął mu sto złotych do kieszeni. – Nic ci nie będzie, kup sobie hamburgera i colę. Właśnie kończył to mówić, gdy truchtem zbliżyła się jakaś grupka ludzi o złych twarzach.  

Kandydat już rozkładał ręce w geście „nic się nie stało”, już miał na końcu języka słowa o zwykłym potknięciu się nerwowego chłopca, który z pewnością jest nadpobudliwy i od dziecka ma ADHD, a może nawet jest pijany lub pod wpływem narkotyków, bo kto to wie w dzisiejszych zdemoralizowanych czasach i właśnie już… już miał wygłosić zgrabną tyradę mającą rozbroić ewentualny wybuch gniewu społecznego i histerycznych pretensji, gdy jedna z kobiet piskliwym głosem krzyknęła – On ma moja torebkę to złodziej! Osłupiały Kandydat baczniej przyjrzał się leżącemu chłopcu i dopiero teraz zauważył, że ten dziwnie się wygina i najwyraźniej chowa coś pod plecami. Taki obrót sprawy wydał się Kandydatowi lepszy niż gruba koperta z łapówką czy ciepła posada w ministerstwie. Otyły szef kampanii nie stracił głowy i szybko wyciągnął z teczki cyfrową kamerę, a sam Kandydat uśmiechając się do zgromadzonego tłumu oświadczył – Zareagowałem tak jak zareagować powinien każdy prawy obywatel. To był mój obowiązek. Proszę oto pani torebka.  

Scena, w której Kandydat oddaje skradzioną torebkę spoconej kobiecie była później wielokrotnie emitowana w klipach wyborczych. Wydarzenie to z pewnością było zwrotnym punktem całej kampanii. Ludzie uwierzyli, że kandydat jest ostatni ideowcem, na którego po prostu warto głosować. Konkurencja była wściekła i zarzucała Kandydatowi manipulację, ale nikt łącznie ze wścibskimi dziennikarzami „Wyborczej” i  TVN-u nie potrafił podważyć prawdziwości zdarzenia. Kampania uległa przyspieszeniu i wszystko szło jak najlepiej, aż do dnia w którym w głowie Kandydata pojawiło się dziwne brzęczenie.   

Ani długi prysznic, ani trzy wypite kawy, ani nawet tabletki na ból głowy nie pomagały. Brzęczenie w głowie Kandydata stawało się coraz bardziej uporczywe. Po kilku dniach stało się poważnym problemem. Było to brzęczenie, które nie pozwalało kandydatowi normalnie funkcjonować. Kandydat nie był w stanie brać udziału w spotkaniach z wyborcami, nieskładnie udzielał wywiadów był nieustannie rozkojarzony. Przeprowadzone w tajemnicy szybkie badania lekarskie nie wyjaśniły tego fenomenu. Kandydat był zdrowy jak byk.  

- To robota konkurencji zawyrokował – osobisty sekretarz. – Wstawili ci do sypialni jakieś brzęczące urządzenia elektroniczne lub inne świństwo. Wezwani specjaliści przeszukali cały dom i biura Kandydata i po kilku godzinach oświadczyli, że wszystkie pomieszczenia są „czyste”. Nie ma w nich ani podsłuchu, ani innych urządzeń, które mogłyby powodować brzęczenie. Żona i dzieci Kandydata z wielkim poświęceniem wyłapały wszystkie muchy i pszczoły w domu i okolicy sądząc, że przemęczony Kandydat słyszy latające owady lepiej od innych.  

Kandydat ograniczył ilość swych wystąpień i spotkań z wyborcami do minimum licząc, że dociągnie jakoś do końca kampanii, a po wyborach, tajemnicze brzęczenie być może ustąpi. Brzęczenie jednak narastało i krążyło już po całej głowie Kandydata wędrując złośliwie od jednego ucha do drugiego. Bywało, że robiło sobie kółka wokół głowy, lub usadawiało się wygodnie z tyłu. Raz słychać je było głośniej, raz ciszej, ale zawsze był to dźwięk niezwykle drażliwy i wkurzający. Do domu i biur kandydata prawie codziennie wzywani byli fachowcy, którzy sprawdzali, czy źródłem brzęczenia nie są zapowietrzone kaloryfery, stara lodówka z piwnicy, wibrator sąsiadki lub plazmowy koreański telewizor kupiony na gwiazdkę. Żadna z tych specjalistycznych kontroli nie wyjaśniła tajemnicy zagadkowego brzęczenia.  

Ostatniego dnia kampanii wyborczej Kandydat odkrył pewną zależność między tym, co mówi na wiecach, a brzęczeniem. Zauważył, że im częściej mówi o potrzebie odnowy moralnej i swojej uczciwości, tym głośniejsze słyszy brzęczenie. Nagle wszystko stało się jasne. Kandydat sięgnął ręką do kieszeni i już wiedział, co jest źródłem tego okropnego dźwięku. W starym portfelu kandydata brzęczała lewa kasa, którą z kumplami pozyskał na wybory.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

piątek, 23 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  6 714 227  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer