Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 236 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Żarty się skończyły

środa, 30 stycznia 2008 9:42

Żarty się skończyły

 

Śmieszny prezydent Waspazji, przechadzał się nerwowo po swym gabinecie. Raporty dotyczące postrzegania jego osoby przez wyborców nie były zadowalające. Nie dość, że lawinowo spadało mu poparcie to nawet wśród tej niewielkiej części, która pozytywnie go oceniała, on sam prezentował się jako osoba śmieszna. A prezydent nigdy, ale to nigdy w życiu nie był śmieszny.

Już w szkole podstawowej miał opinię smętnego wała. W liceum wszyscy uważali go za nudziarza i smutasa. Na studiach zasypiali w jego towarzystwie nawet nadpobudliwi koledzy z ADHD. Rozpoczynając karierę naukową z premedytacją zainteresował się najnudniejszym zagadnieniem na świecie, jakim jest wpływ kurzu na brud oraz wpływ brudu na kurz. Temu tematowi poświecił swoją pracę doktorską, a także kilkanaście publikacji naukowych, których nikt (nawet producenci odkurzaczy) nie czytał. Prezydent zawsze starał się być poważny i dostojny. Nigdy nie śmiał się z dowcipów gdyż zwykle ich nie rozumiał. Jak ognia unikał śmiesznych, czy chociażby dwuznacznych sytuacji. Od lat na temat jego braku poczucia humoru krążyły legendy. Gdy jeden z pracowników kancelarii kupił w dobrej wierze bilety do cyrku w prezencie dla prezydenta i jego rodziny został oskarżony o zdradę stanu i rozstrzelany. 

Pech chciał, że im bardziej prezydent wydawał się sam sobie poważny tym bardziej był śmieszny. Jego doradcy składali się z wybitnych idiotów, którzy byli przekonani, że sroga mina i profesorski ton zrobią z prezydenta osobę mniej śmieszną. Liczne zabiegi propagandowe, triki telewizyjne, a nawet zwykłe i codzienne podkładanie świń konkurentom, nie przynosiły rezultatu. Mieszkańcy Waspazji nadal uważali prezydenta za osobę szalenie zabawną i wesoło usposobioną. Najnowsze badania opinii publicznej, które leżały na biurku  potwierdzały tę smutną prawdę.

- Radźcie, co czynić? Jak odwrócić ten fatalny stan umysłów mych poddanych? - zwrócił się do grupy doradców. Doradcy jeden przez drugiego rzucali zużyte już dawno pomysły takie jak budowa muzeum, patronaty nad konferencjami naukowymi, marsze i parady wojskowe, akademie ku czci historycznych i zasłużonych postaci, wieczorki kombatanckie. Niestety te wszystkie inicjatywy nie zdołały wyrobić w opinii publicznej przekonania, że ich prezydent nie jest śmieszny. Prezydent był śmieszny, ale nie głupi. Wiedział, że nawet tysiąc wieczorków kombatanckich nie jest w stanie uczcić go bardziej poważnym. Instynktownie czuł, że potrzebny jest całkowicie nowy pomysł, który raz na zawsze uświadomi jego poddanym, że żarty się skończyły.
 
Gdy w gabinecie prezydenta trwała burzliwa narada przybył posłaniec z wiadomością, że u wybrzeży Waspazji zatopił się statek pełen pasażerów. Ta wiadomość podsunęła prezydentowi pewien genialny pomysł. Nie słuchał już swych gdakających doradców tylko czym prędzej kazał ogłosić tygodniową żałobę narodową. Zamknięto kluby muzyczne, kina, baseny, kręgielnie, filharmonie, teatry, dyskoteki, knajpy i burdele. We wszystkich kanałach telewizyjnych zdjęto komedie i programy rozrywkowe. Naród zobaczył swego prezydenta jak stoi nad trumnami ofiar, jak składa wieniec, jak smutno przemawia i jak wpisuje mądre i głębokie myśli do księgi kondolencyjnej. Kolejne badania opinii publicznej wykazały, że poziom śmieszności prezydenta w oczach wyborców znacznie się obniżył. Niestety wkrótce wszystko wróciło do dawnej normy. Długie czekanie na kolejny duży wypadek, a tym samym niemożność wprowadzenia żałoby narodowej spowodowało, iż rodacy szybko zapomnieli o poważnym obliczu swego władcy i ponownie uznali, że jest to ktoś, wyjątkowo śmieszny.

 

W obliczu braku tragedii narodowych i masowych katastrof prezydent powołał tajną grupę operacyjną, której zadaniem było dostarczanie takich wydarzeń raz na kwartał. Grupa operacyjna (w skład której wchodzili płatni komandosi, seryjni mordercy patrioci oraz jeden gwałciciel ideowiec) działała z pełnym poświeceniem wysadzając mosty pełne samochodów, przecinając linki hamulcowe w autobusach miejskich i rozkręcając szyny pociągów ekspresowych. Po każdym takim wydarzeniu prezydent ogłaszał żałobę narodową.

Niestety naród Waspazji szybko oswoił się z nową sytuacją, a kolejne żałoby nie robiły na nim już takiego wrażenia. Powstało nawet coś, co można było nazwać podziemiem rozrywkowym. Wielu komików i satyryków udało się na emigrację. Kilku DJ i showmenów popełniło samobójstwo. Barmani i aktorzy obsługiwali już tylko stypy. Z czasem zwiększono ilość akcji ekipy operacyjnej i żałoby zaczęto ogłaszać raz na miesiąc, a nawet raz na tydzień. W końcowej fazie żałoba narodowa trwała już na okrągło. - Żarty się skończyły - ogłosił marszcząc czoło prezydent Waspazji i był śmieszniejszy niż zwykle.   


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Mecz Polska kontra Żydzi

środa, 23 stycznia 2008 13:06
Mecz Polska kontra Żydzi


Na ten mecz kibice na całym świecie czekali już od pewnego czasu. Niezdrowe podniecenie udzielało się głównie Amerykanom, których zawsze cieszy jak coś głupiego powie się o Polakach, Francuzom (szczególnie tym, którzy czasie okupacji strzelali z korków od szampana), znanej hiszpańskiej dziennikarce z El Pais, która całe życie była przekonana, że to Polacy zagazowali pół Europy i   oczywiście Niemcom.

 

Niemcom ze względów historycznych nieco głupio było kibicować Żydom, ale jeszcze głupiej byłoby im trzymać z nami. W gruncie rzeczy Niemcy w duchu liczyli na przegraną Polaków. Zawsze to miło dowiedzieć się, że inni też mają grzechy na sumieniu. Mecz rozpoczął się od typowo polskiej awantury. Jeden z trenerów naszej drużyny odkrył, że sędzia główny jest Żydem. Strona  żydowska tłumaczyła, że to przecież już wiadomo od dawna, a konkretnie od czasu Starego Testamentu. Z naszymi to tak zawsze. Z jednej strony ogłaszają Jezusa królem Polski, a z drugiej mają absurdalne pretensje, że to Żyd.

 

Mecz rozpoczął się nietypowo, bo od gola z rzutu karnego, którego za Jedwabne strzelił nam Jan Tomasz Gross. Bramkarz sam na sam z piłką nie miał szans mimo, że Gross ma opinię średniego zawodnika. Obrona jakaś tam była, ale marna. Co tu bronić jak najnowsze badania IPN-u dowodzą, że to nie było tylko Jedwabne ale ponad dwadzieścia pięć miejscowości wschodniej Polski w, których nasi aktywnie pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Po tym golu nasi grają defensywnie i jakby z poczuciem winy. Do wściekłych ataków przechodzi jedynie gwiazda Radia Maryja profesor Jerzy Robert Nowak. Strzela z pasją, ale na ślepo. Mimo, że jego piłki lądują daleko od celu głośno oklaskiwane są przez liczne grono wielbicieli. Zdaniem komentatorów meczu profesor świetnie zna się na Węgrach (gdzie przez lata był ambasadorem), ale z Żydami idzie mu znacznie gorzej.

 

W tej sytuacji Żydzi strzelają nam kolejnego gola za powojenny pogrom w Kielcach. Cały czas byliśmy przekonani, że masakra na ulicy Planty 7 to ubecka prowokacja. Jak coś można zwalić na ubeków to zawsze lepiej. Niestety w kontekście badań historycznych ta hipoteza wydaje się być kompletnie niewiarygodna. Po tej porażce nasi wreszcie przechodzą do ataku. Historyk profesor Andrzej Paczkowski podaje do profesora Jerzego Eislera ten rozsądnie zagrywa do Władysława Bartoszewskiego, który główką wbija piłkę do żydowskiej bramki i jest już dwa jeden. Ten jeden punkt mamy za akcję Żegota, za Jana Karskiego, za Antosie Wyrzykowską z Jedwabnego i za sześć tysięcy drzewek w Jerozolimie.

 

Robi się gorąco. Tym bardziej, że kilku Żydów (np. Jan Tuwim) już dawno przeszło zdecydowanie na polska stronę i odwrotnie. Wielu komentatorów nie może połapać się, w jakiej drużynie gra połowa zawodników. Mecz trwa i jest coraz bardziej zacięty. Niektórzy nasi przechodzą na stronę Żydów z poczucia wstydu i winy. Tymczasem Żydzi, którzy przechodzą na stronę polska robią to z przyzwyczajenia. Wiedzą, że tylko ukrywanie się po polskiej stronie daje szansę na przeżycie. W przerwie meczu Menachem Begin dezerteruje z armii generała Andersa i zakłada państwo Izrael. Kongres Żydów Amerykańskich przypomina o przedwojennym getcie ławkowym i marszu ONR-u na Myślenice. Tymczasem nasi gaszą ich bzdurami powtarzanymi przez New York Timesa na temat „polskich obozów koncentracyjnych".

 

Ośmieleni niedawno strzelonym golem ostro atakują nasi historycy z IPN-u tacy jak Jan Żaryn, Antoni Dudek i Janusz Kurtyka. Kilku kiboli trzymając w rękach Protokoły Mędrców Syjonu krzyczy w dobrej wierze z trybuny do pędzącego Żaryna „gazu gazu", ale te słowa zachęty do biegu wydają się być mocno nietrafione. Żaryn jest bliski strzelenia gola, ale okazuje się, że jest na spalonym. Jan Tomasz Gross dzielnie broni przedpola, ale w pewnym momencie gubi się, gdy nie uwzględnia powojennych realiów w „Strachu" takich jak chaos, bieda, demoralizacja i wojna domowa już wydaje się złapany w pułapkę polakożercy jednak w ostatnim momencie wybija na aut chyląc czoła przed polską inteligencją, która po pogromie w Kielcach zachowała się właściwie.

 

 Robert Krasowski w Dzienniku uważa, że mecz Polska kontra Żydzi go nudzi i w związku z tym pisze na jego temat olbrzymi elaborat na dwie szpalty. Gross przechodzi do natarcia i faulując strzela do naszej bramki rzucając tezę, że „to Polacy dokończyli Holocaust" w odwecie nasi odbijają piłeczkę i zaczynają liczyć Żydów w stalinowskim UB i w komunistycznych władzach i wychodzi im trzydzieści procent. Doszukiwanie się wszędzie Żydów jest brane w Europie za antysemityzm i tym samym sędzia główny uznaje kolejną bramkę na naszą niekorzyść. Ostateczny wynik meczu jest trzy jeden dla Żydów, co tylko utwierdza wszystkich naszych w głębokim przekonaniu, że mecz był ustawiony, sędzia kupiony, a Żydzi jak zwykle wyszli na swoje. Następnym razem zagramy w hokeja na trawie.    


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

Pisanie płazem

środa, 16 stycznia 2008 10:53

Pisanie płazem 

 

Pisanie blogów robi się coraz bardziej niebezpieczne. Znany showmen, milioner, skandalista i poseł Janusz Palikot zasugerował na swoim blogu, że prezydent Lech Kaczyński to alkoholik nadużywający wina i już ma z tego tytułu kłopoty. Grzmi na Palikota jego własna partia, pluje na Palikota opozycja, a prokuratura sprawdza czy nie naruszono prawa.   

Blogi polityków służą do załatwiania spraw i sprawek, których oficjalnie nikt nie chce poruszać. Blog jest z natury bardziej intymny niż wywiad. Nawet najbardziej wyszczekani polemiści w medialnej walce powstrzymują się od pewnych sugestii czy sformułowań. W blogu zawsze można największą inwektywę podać w formie „snucia przypuszczeń”. Ten rodzaj działalności aktywnie uprawia porzucony przez Jarosława Ludwik Dorn, który komentuje zmiany w szeregach PiS jako bezzębny mędrzec obserwator w stylu „nie jestem pewien ale wydaje mi się, że poseł Suski to imbecyl, a do tego śmierdzi mu z gęby jak Fiedce Katorżnemu z „Biesów” Dostojewskiego”.  

Do tej pory za najbardziej intymne relacje uchodziły Dzienniki znanych pisarzy. Dzienniki Stefana Kisielewskiego, gdy się ukazały wywołały burzę, bo były wyjątkowo niepoprawne politycznie. Okazało się, że Stefan Kisielewski nie był najlepszego zdania o zdolnościach intelektualnych ludzi z kręgu Tygodnika Powszechnego ze szczególnym uwzględnieniem guru tych kręgów, czyli Jerzego Turowicza. Z kolei, gdy czyta się np. opublikowane niedawno Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza ma się wrażenie, że obcuje się z zapiskami tak do bólu ostrożnymi jakby autor bał się zatrzymania notatek i grzebania w nich przez osoby mogące mieć wpływ na życie autora. Pysznie czyta się Dzienniki Gombrowicza. W zasadzie możemy otworzyć je na dowolnej stronie i zawsze natrafimy na ciekawy problem i świeżą myśl autora, który każde zagadnienie potrafił oryginalnie zinterpretować.  

Za pisane przeze mnie teksty zdarzało mi się obrywać nie raz. Na szczęście nie było na mnie takiej nagonki jak teraz na Palikota, ale małe burze i wichury się zdarzały. Po jednym z tekstów we Wprost oburzyło się wielu Polaków mieszkających w Niemczech. Napisałem, że biura turystyczne rozprowadzające katalogi o swej ofercie wyjazdowej mogłyby się postarać o nowe oznaczenia w folderach. Tak jak parasol i słoneczko oznacza w nich plażę, a ilość gwiazdek standard w hotelu tak ilość małych czołgów powinna oznaczać ilość turystów z Niemiec w danej okolicy. Cztery czołgi – sporo Niemców, dwa czołgi – Niemcy w normie, jeden czołg – ilość Niemców do wytrzymania. Okazuje się, że wielu pamięta moje teksty po latach. Przekonałem się o tym, gdy gościłem w motoryzacyjnym programie Martyny Wojciechowskiej. Martyna przypomniała mi tekst sprzed wielu lat gdzie po jej sesji dla Playboya napisałem, że ma „kosmiczny tyłek”. Broniłem się, że w moim rozumieniu rzeczy to jest komplement.  

Kilka dni temu podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w studiu telewizyjnym przeprowadzałem wywiad z Tomaszem Lisem, który ofiarował Orkiestrze swoją statuetkę miesięcznika Grand Press. Tuż przed rozmową, gdy jeszcze nie byliśmy na antenie Tomasz Lis przypomniał sobie jeden z moich felietonów, w którym miałem o nim napisać per „ulizany dupek”. Przyznałem się do „ulizanego”, ale na pewno nie do „dupka”. Po krótkiej rozmowie Lis „dupka” też nie był pewien i razem doszliśmy do wniosku, że co najwyżej mógł być to „ulizany bubek”. Na pewno coś złośliwie pisałem o jego przedziałku w stylu, że „jest równy jak autostrada”, ale jak ktoś jest łysy tak jak ja, to takie małe przycinki można sobie puścić płazem. Palikotowi płazem może nie przejść, bo powszechnie uznali go za gada.  

    

PS. Poniżej nowa fotka Big Cyca, który w tym roku obchodzi 20-lecie walki na barykadzie rock and rolla.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  6 598 088  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer