Mija właśnie dwudziesta rocznica obalenia muru berlińskiego. Wszyscy chwalą niemieckie obchody które zostały zorganizowane precyzyjnie jak niemiecka torpeda i na które przyjechała cała czołówka światowych przywódców. Także z dalekiej Ameryki przyjechał wreszcie ktoś ważny, bo sama Hillary Clinton czyli wice Obama, a nie jakiś pionek jak na obchody rocznicy obrad okrągłego stołu.
Lech Wałęsa jako pierwszy popchnął domino, które symbolicznie nawiązało do tego, że wychodzenie z komuny „zaczęło się w Polsce". Emocje musiały być wielkie, bo kamerzysta popchnął niechcący Lecha Wałęsę, ale na szczęście Lechu mu nie oddał choć przecież mógł. Przy okazji nasz pokojowy Noblista nie byłby sobą gdyby nie utrudnił pracy tłumaczowi. Wałęsa jak zwykle jest oryginalny i słuchając swoich przedmówców (w tym m.in. Gorbaczowa) stwierdził, że plotą oni jakieś „dyrdymały".
Określenie „dyrdymały" zostało przetłumaczone przez bliskiego zawału tłumacza jako marne gadanie, ale na przyszłość być może warto przeszkolić tłumaczy pracujących z Wałęsą i innymi polskimi politykami w dziedzinie słów takich jak: bajdurzenie, banialuki, ecie pecie, duperele, gadka-szmatka, farmazony, trele-morele, bleblanie, terefere kuku, pitolenie, rżniecie głupa czy struganie wariata. Do analiz tych trudnych polskich wyrazów należy dołączyć dobre ziołowe leki na uspokojenie.
Hasło o „dyrdymałach" bardzo spodobało się zgromadzonej pod Bramą Brandenburską widowni, a głowy państw wpędziło w konsternację. Jeszcze większa konsternacja nastąpiła podczas panelowej dyskusji gdy Wałęsa oświadczył, że Michaił Gorbaczow powinien podziękować jemu i papieżowi. Jan Paweł II nie żyje i nie jest jasne czy chciałby takich podziękowań, ale Lechu jak widać czeka na ukłony ze strony człowieka z mapą na głowie. Skromność Wałęsy bije w oczy na każdym kroku. Kto jeszcze powinien podziękować Wałęsie? Z pewnością Napoleon, Chopin, James Bond, Myszka Miki i Pamela Anderson.
Żarty, żartami, ale do Berlina Zachodniego mam stosunek szczególny. Napisałem nawet o tym piosenkę. Gdy ponad dwadzieścia lat temu zaczynaliśmy jako Big Cyc swoją przygodę ze światem muzyki byliśmy małym, niezależnym zespołem rockowym, który miał kłopoty z milicją. Gdy Lorenz Hettich właściciel klubu El Locco zaprosił nas pierwszy raz do Berlina na festiwal kultury anarchistycznej jechaliśmy tam pociągiem, bo nikt z nas nie miał samochodu. Na dworcu w Poznaniu wsiadaliśmy do pociągu pełnego polskich przemytników wiozących papierosy i alkohol na handel. W pociągu nikt nam nie wierzył, że jesteśmy zespołem, który ma mieć występ w Berlinie. Widząc nasze gitary wszyscy podejrzewali, że oto jadą jakieś lepsze cwaniaki, które handlują w Niemczech sprzętem muzycznym. Na dworcu w Berlinie Wschodnim policja z NRD zatrzymała tylko nas przepuszczając całą kontrabandę. Długo oglądano nasze dokumenty i instrumenty.
W małym klubie El Locco na Kreuzebergu daliśmy kilka koncertów i to był początek naszej muzycznej znajomości z tym miastem. Gdy wróciliśmy do Polski napisałem piosenkę „Berlin Zachodni" o atmosferze miasta i naszych przemytnikach, których spotykaliśmy w pociągu i na mieście. W Berlinie działał wówczas nielegalny polski targ na którym można było kupić papierosy, wódkę, kryształy, kiełbasę, jaja, a nawet kury! To byli dzielni pionierzy wolnego rynku, którzy handlem rozwalali stary system. Gdy w listopadzie obalono mur piosenka dotarła wysoko na Liście Przebojów „Trójki".
Na fotce poniżej Big Cyc w 1989 roku pod berlińskim murem od strony zachodniego sektora.

Ministerstwo Zdrowia Własnego poinformowało ustami minister Ewy Kopacz, że nie ma się co z grypą kopać i kupować szczepionek. W parlamencie posłowie zawzięcie dyskutowali, ale nie ustalono ostatecznie, czy fala zachorowań na grypę to wina PO czy PiS-u. Ze strony ministerstwa zdrowia pojawiła się nawet sugestia, że lepiej nie szczepić, bo starsi ludzie mogą od tego umrzeć.
Szczepionek więc nie ma i nie będzie, ale jest za to grypa. Co prawda jeszcze nie tak duża jak na Ukrainie, ale wystarczająco duża, aby wystraszyć społeczeństwo. Społeczeństwo jest nie tylko wystraszone, ale także w kwestii szczepionek podzielone. Podzieleni są też lekarze. Jedni mówią głośno „szczepić" inni po cichu dodają, że „lepiej nie". Zwolennicy spiskowej teorii dziejów widzą w tym jedynie kampanię reklamową gigantów produkujących szczepionki, którzy na strachu przed wirusem zarabiają miliony, ale zwykły człowiek zastanawia się, czy jednak nie kupić szczepionki i mieć spokój (choćby psychiczny) zamiast leżeć z gorączką w łóżku lub z ręką w nocniku.
Jedyna grupa społeczna, która szczerze cieszy się z epidemii grypy to ludzie, którzy napadają na banki oraz osoby poszukiwane listami gończymi. Osoby te nie muszą już inwestować pieniędzy w kominiarki, czy zmianę wyglądu. Wystarcz, że nałożą maski higieniczne kupione w aptece. Masek powoli zaczyna brakować i wielu zastanawia się czy wystarczy ich do karnawału.
W walce z grypą niezawodne jak zwykle pozostają metody ludowe. Do najbardziej popularnych należy odkażanie jamy ustnej przy pomocy spirytusu. Codziennie widać w klubach i dyskotekach wielu, którzy odkażają się zbiorowo i przy muzyce. Są tacy, którzy nawet przesadzają w tej antygrypowej profilaktyce i muszą być odwożeni do domów sztaplarką. Nie brakuje dzielnych obywateli, którzy robią wywary z cebuli i czosnku oraz piją herbatę z cytryną i miodem. Jednym z zalecanych sposobów skutecznie odstraszających grypę jest ...uprawianie seksu. Osoby mocno kochliwe mogą mieć teraz ideologiczną podbudowę pod swoje zachcianki. Każdy skok w bok, to po prostu walka z grypą. Lekarze ostrzegają, aby walcząc z grypą przy pomocy ściągania gaci uważać i w procesie tarcia profilaktycznego nie załapać chorób o wiele gorszych.
Swoje sposoby na walkę z grypą mają też politycy. Skoro nie ma szczepionek musiały znaleźć się inne metody. Grupa parlamentarzystów zaproponowała zwalczanie wirusa grypy przy pomocy tradycyjnych chwytów politycznych. Z całego wachlarza politycznych metod na uwagę zasługują:
- tępienie wirusa przy pomocy oświadczeń, pomówień i podsłuchów
- wypędzenie wirusa dzięki kolejnej komisji śledczej parlamentu
- walka z wirusem przy pomocy zaskakujących sondaży przedwyborczych
- zalanie wirusa niekontrolowanym przeciekiem do prasy
- skompromitowanie wirusa podczas widowiskowej konferencji prasowej
- odebranie wirusowi głosu i przekazanie go Stefanowi Niesiołowskiemu (co i tak na jedno wychodzi)
Do walki z wirusem grypy przystąpili też grafomani. Związek Grafomanów Polskich wydał „Odę do Wirusa" i domaga się aby była ona oficjalnym hymnem wszystkich, którzy kichają na poezję.
Oda do wirusa
nie będzie wirus
pluł nam w twarz
ni dzieci nam przeziębiał
zdrowy my naród
zdrowa straż
a chory szczep na przemiał
Na zdjęciu poniżej mieszkaniec Lubartowa krawiec Anatol Pozytywka, który ze starych skórek kubańskich pomarańczy uszył kombinezon chroniący przed grypą motyle i żmije.

Wielu to wykorzystuje. Pewnego dnia dzwoni więc ambitna panienka z jakiejś gazety i pyta czy mogę polecić czytelnikom rubryki kulturalnej trzy filmy.
- Ależ proszę bardzo! Zaczynam wymieniać tytuły swych ulubionych filmów, a ta szybko mi przerywa i tłumaczy, że przede wszystkim chodzi o polskie filmy i tylko te najnowsze, współczesne takie co premiery miały nie dalej jak trzy tygodnie temu. No i tu jest problem, bo dawno na niczym nie byłem w kinie tak, więc spławiam panienkę mówiąc, że to ponad moje siły chodzić na polskie kino. I rzeczywiście tak jest, bo jak ostatnio poszedłem na „Prawdziwa historię Janosika" Agnieszki Holland to miłość do polskiego kina wygasła jak pet wrzucony do kałuży.
I jest dobrze i mam spokój, bo kto to widział polecać coś czego się nie widziało (choć wielu tak robi) byle tylko zaistnieć na dwie linijki w gazecie. Aż tu myśl taka się pojawia, że może niesprawiedliwie powiedziałem, bo ostatnie filmy polskie bardzo chwalone są, a nawet wychwalane. Pisze się, że nowa szkoła polska, że wreszcie młodzi i zdolni, a nie tylko młodzi, że nowe spojrzenie, że oddech i powiew świeżości, ale też umiejętności w żonglowaniu konwencjami. To wszystko po tym festiwalu w Gdyni, takie ochy i achy się zrobiły więc może zbyt ostro oceniłem stan polskiego kina, że nuda i tyłek boli.
Ale myślę tak i wyrzuty sumienia mam tylko przez chwilę, bo po paru minutach zatapiam się w gęstości dnia niczym pijany w kanapę. I już zapominam jak wszyscy i gonię jak głupi za sprawami co i tak są bez znaczenia, ale gdy się za nimi goni to wydają się ważne. I po dwóch dniach rzecz sie dzieje niespotykana, Maciej Chmiel z którym pracuję nad pewnym projektem telewizyjnym ciągnie mnie na premierę filmu „Zero". Premiera jest w kinie Atlantic w budynku, który stał tu przed wojną, a my siedzimy nad scenariuszem w knajpie obok więc to tylko kilka kroków. Pijemy kawę i zajadamy się włoskimi sałatkami mając usta pełne pomidorów i pretensji do świata. I daję się namówić choć już jestem umówiony na dużą wódkę w Teatrze Capitol z całą bandą kumpli.
Pozwalam sobie na kilka żartów w stylu, czy aby nie będzie to film poniżej własnego tytułu, bo już przecież tak się zdarzało że zespół o nazwie „Sixteen", gdy przed laty pojechał na Eurowizję to zajął miejsce siedemnaste, czyli oczko niżej niż własna nazwa. Jest czerwony dywan, prezentacja aktorów, przemówienia, kręci się też trochę dziennikarzy z aparatami, które błyskają światłem jak łysy głową, a potem zaczyna się film i ja zostaję wbity w fotel jak już dawno nie byłem.
Film debiutanta Pawła Borowskiego pod tytułem „Zero" to film, w którym ani jedna sekunda taśmy nie jest sekundą straconą. Świetny scenariusz i świetne aktorstwo. Nikt nie gra źle. To się w polskim kinie rzadko zdarza. Oglądamy plastycznie wysmakowane kino (zdjęcia Arek Tomiak) którego akcja toczy się na wielu płaszczyznach. To zgrabnie sfilmowana uniwersalna opowieść o kondycji współczesnego człowieka. Wreszcie doczekaliśmy się polskiego kina, które zrozumie Norweg, Hiszpan, Amerykanin i Eskimos. Film Borowskiego porównuje się do stylu narracji Altmana, w którego filmach tak bardzo lubi przeglądać się Ameryka. W filmie Borowskiego możemy przejrzeć się my wszyscy. To rodzaj lustra podstawionego pod nos. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy kłamcami, wszyscy oszukujemy i każdy z nas ma w sobie coś parszywego.
To jest też kino dla tych którzy stracili wiarę w polskich filmowców. Po serii nieudanych produkcji, po całej masie romantycznych komedii, po męczarni nieudacznego kina sensacyjnego jest wreszcie obrazek, który ogląda się bez poczucia straconego czasu. Na uwagę zasługuje też muzyka (autorem jest znany z grupy „Kazik Na Żywo" Adam „Burza" Burzyński). Muzyka stanowi integralną część opowieści. Są to dźwięki z dozą mroku i niepokoju. Wreszcie twórcy filmowi sięgają po rasowych muzyków rockowych, a nie twórców sztucznych tapet i konfekcji.
Zero to film polifoniczny. Nie ma głównych bohaterów. Bohater filmu jest rozdrobniony na kilkadziesiąt postaci. Każda postać jest równorzędna, ale każdą zapamiętujemy. To pierwszy film od roku o którym myślałem jeszcze przez kilka dni po wyjściu z kina. Wcześniej tak mocno dał mi w łeb słynny „Ładunek 200" rosyjskiego reżysera Bałabanowa, film o rozpadzie więzi społecznych.
Film Borowskiego nie zdobył żadnej nagrody na festiwalu w Gdyni. A chyba powinien? Przynajmniej za debiut. Jeśli tak to znaczy, że tamte filmy są jeszcze lepsze. No więc teraz gdyby zadzwoniła pani z gazety w sprawie zarekomendowania jakiegoś nowego polskiego filmu to już miałbym co polecić. Mam telefon, który wszyscy znają. Wielu to wykorzystuje. Dzisiaj dzwonili z pytaniem, co to znaczy być dobrym ojcem.
Na fotce poniżej: patrzę czy ktoś mnie nie śledzi po wyjściu z kina.
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 783975
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
KRZYSZTOF SKIBA artysta wszechstronnie rozrywkowy, lider zespołu Big Cyc, felietonista, konferansjer